sobota, 27 września 2014

Szanowni Czytelnicy!
Nie chcemy być źle zrozumiani. Nie jesteśmy przeciwni żadnej religii. Szanujemy tych, którzy wierzą w różne rzeczy, nawet puszkę po coli zatkniętą na kiju albo potwora spaghetti. Jednocześnie pragniemy zwrócić uwagę, że żyjemy w XXI wieku, a takie rzeczy jak loty w kosmos albo operacje na otwartym mózgu są na porządku dziennym.

Dlatego uważamy, że czasy średniowiecza minęły bezpowrotnie i takie praktyki jak palenie czarownic przebrzmiały już dawno. Jak się jednak okazuje, niekoniecznie tak jest. Pewien znany portal donosi o tym, że proboszcz jednej z wrocławskich parafii odmówił poświęcenia monumentu upamiętniającego 700-lecie wrocławskiego osiedla Kleciny. Powodem odmowy był fakt, że na kamieniu znajdują się symboliczne ślady pazurów diabła.

Przypomina nam się świetny dowcip z Klubu Masztalskiego:
- Panie sztygar, Skarbnika żech widzioł!
- Nie godej, dyć skarbnik to ino legendo.
- No tak, ale to był skarbnik POP!

(POP to skrót od Podstawowa Organizacja Partyjna, a ów skarbnik zbierał składki na PZPR)

Musi WSZYSTKO być JEST czytelnie DOBRZE

Na pewnym portalu internetowym, który teoretycznie powinien mieć oglądalność na poziomie 7 osób miesięcznie (w tym pięć to pracownicy tego portalu), można przeczytać zmiksowane nagłówki wiadomości. Administratorzy strony śpią spokojnie, wszak co miesiąc na ich konta wpływają pobory i nikt nie ma zastrzeżeń do ich roboty.

Polacy kochają


Duży portal, który skądinąd zrobił sobie całkiem fajna kampanię reklamową, donosi na swojej "jedynce" czyli pierwszej stronie (o, przepraszam - portale chyba nie mają "jedynek", lecz "główne"), że "Polacy zakochali się w tym alkoholu". Wszystkim ciekawskim wyjaśniamy, że chodzi o cydr. Ta wiadomość znalazła się na drugim miejscu w dziale FINANSE. To faktycznie najważniejsza informacja w krajowej finansjery. To ciekawe, że autorom tekstów na wspomnianym portalu wszystko kojarzy się z jednym (niedomyślnym wyjaśniamy, że chodzi o alkohol) i jeszcze za to dostają wierszówkę. A jak nam wszystko się z dupą kojarzy, to się z nas śmieją i nie chcą płacić.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Mieśnik schodzi z drzewa



W tym miejscu możemy przeczytać zakamuflowaną reklamę książki byłego "dziennikarza", a raczej byłego prowokatora tabloidu, który mienił się dziennikarzem. Pan Piotr Mieśnik usiłuje nas przekonać jak to nawrócił się i już więcej nie będzie. Nie będzie wkręcał matki Tuska, żeby zdobyć namiary na miejsce, gdzie odbędzie się ślub Tuska juniora. Nie będzie już robił fałszywego konwoju samochodów rządowych, oszukując pół powiatu. On już nie będzie siedział tydzień na drzewie, żeby zrobić przez okno zdjęcie polityka czy celebryty jak drapie się po jajach. On już nie będzie. Bo w 2010 ktoś pobił ze skutkiem śmiertelnym jego brata. Dlatego schodzi z drzewa.

Bardzo mi przykro, ale nie wierzę w ani jedno słowo skruchy tego pana. Żeby się opamiętał potrzebna była śmierć jego bliskiej osoby. Nie mógł sam pomyśleć, że to co robił było słabe? Widocznie wpływy na konto skutecznie zagłuszały rozterki moralne. Tak, oczywiście, już słyszę te głosy, że tak się zdarza, że niektórzy potrzebują wstrząsu, żeby przemyśleć swoje postępowanie. Pan były prowokator nie jest pięcioletnim dzieckiem, lecz o wiele starszym facetem. Jeśli takie rzeczy dawały mu adrenalinę, to przepraszam bardzo, ale czym różni się od drogowego bandyty, który robiąc rajd po Warszawie ignoruje wszystkie przepisy? Mentalność ta sama, tylko tabloid za to nieźle płaci. A oszustwo nazywa się ładnie "wkrętką".

Mam nieodparte wrażenie, że pan Mieśnik po prostu poszedł na noże ze swym pracodwacą i teraz odgrywa się na nim, zdradzając tajemnice zawodu, które i tak wszyscy znają. Teraz będą tylko mieli potwierdzenie tych praktyk na piśmie.

A przy okazji: Pan Mieśnik nie będzie już "roił Tuska". Tak przynajmniej napisał pan Tomasz Czukiewski, autor inkryminowanego wywiadu. Najwyraźniej rozemocjonowany "wkrętkami" robionymi przez ekipę tabloidu i pana Mieśnika zapomniał przeczytać swój tekst przed wrzuceniem na stronę. Pan Czukiewski napisał też:
Wszystko było obstawione. W kościele udało nam się ukryć aparat przy organach, który można było uruchomić pilotem.


Trochę jak piasek w zębach. Można było to zdanie napisać inaczej, żeby było czytelne i nie trąciło śmiesznością. Ale nie będziemy podawać wersji nadającej się do czytania. Niech nam zapłacą wierszówkę.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Gdzie Rzym, gdzie Krym

Poszukiwanie pracy to ciężka praca, jeśli nie masz znajomości. To standard w naszym kraju. Taki zwykły człowiek szukający roboty nigdy nie wie co mu się trafi i jakie oczekiwania ma tak naprawdę potencjalny pracodawca. Jeśli już wyślesz CV, to nigdy nie wiesz czy dostaniesz odpowiedź, a jeśli tak to kiedy. Doświadczenie pokazuje, że raczej nigdy. Zupełnie inaczej rzecz się ma z pracodawcami. Oni mogą dawać setki ogłoszeń i nadsyłane zgłoszenia najwyraźniej niewiele ich interesują, bo nie tylko mają zwyczaj nie odpowiadać, lecz również walić byki we własnych ogłoszeniach. Tak jak na przykład tutaj (nie wiemy czy za jakiś czas ten link będzie wciąż aktywny, screen powyżej). Z ogłoszenia zamieszczonego na dużym portalu ogłoszeniowym przez inny duży portal, wynika że Kraków leży w województwie Mazowieckim. Ciekawe czy osoba, która postawiła na głowie geografię Polski musiała długo szukać tej pracy. I może jeszcze dostanie premię?

wtorek, 1 kwietnia 2014

Prima aprilis










Jak napisał kiedyś Janusz Christa w "Dniu Śmiechały": "Przy obiedzie dowcipy przybrały na sile."

wtorek, 18 marca 2014

Coś się wzbiera czyli bezpłatny staż

Czasy są takie, że obecnie w zawodzie pismaka (czasy dziennikarzy i redaktorów odeszły w niebyt parę ładnych lat temu) jedyne oferty pracy jakie można spotkać są bezpłatnymi stażami. Pracodawca liczy na to, że żółtodziób zsika się w majtki na widok swojego nazwiska w gazecie, obojętnie czy to będzie gazeta drukowana czy internetowa. Może wtedy zadzwonić do mamy i babci i rozgorączkowanym głosem pochwalić się, że jest już dziennikarzem. Za swoją pracę nie dostanie oczywiście złamanego grosza, bo jest na stażu. Oczywiście nie umie też pisać najkrótszych nawet niusów, a stworzenie tekstu powyżej 1500 znaków grozi takimi objawami jak czkawka albo przetoka mózgowa. Przykłady pismakowskiego (czasy dziennikarzy i redaktorów odeszły w niebyt parę ładnych lat temu) dyletanctwa możecie śledzić na naszym blogu. Od dawna czepiamy się literek i wskazujemy, że polska jezyk trudna jezyk. Tak jest i tym razem. Na tej stronie, zawierającej tak zwane michałki czyli duperele, które przyciągają najwięcej czytelników, możemy przeczytać że:
Mężczyzna próbował wrócić z pracy, ale zlekceważył wzbierającą się wodę.
Zdumienie nasze budzi konstrukcja "wzbierająca się woda". Od kiedy "wzbierać" jest czasownikiem zwrotnym? Czyżby ominęła nas jakaś cicha rewolucja językowa? Nie, to pismak-nieuk stworzył niusa, który ma stanowić tło dla zalewających stronę reklam mydła i powidła. Na wszelki wypadek informujemy, chociaż powinniśmy poprowadzić warsztaty językowe dla pismaków-nieuków za 300 zł za godzinę: czasownik "wzbierać" nie ma formy zwrotnej. Woda wzbiera. Tak po prostu, bez "się". Drugą sprawą jest ciąg logiczny zdania: "Mężczyzna próbował wrócić z pracy, ale zlekceważył wzbierającą się wodę." Oczywiście nie jesteśmy tępakami i wiemy o co chodzi, ale subiektywnie uważamy, że to zbyt duży skrót myślowy. Uważamy, że można to napisać o wiele sensowniej (i to przynajmniej na pięć sposobów), jednak nie będziemy nikomu podsuwać gotowych rozwiązań. Zdradzimy je na warsztatach językowych za 400 zł za godzinę od osoby (stawka poszła w górę, czas to pieniądz).

poniedziałek, 17 marca 2014

Dziennikarz-kaskader

Kiedyś było takie powiedzenie: Jak to dobrze dziennikarzom, nic nie robią tylko łażą. Gdyby faktycznie tak było, szybko by umarli z głodu i nie byłoby kłopotu. Tymczasem zabierają się za pisanie. I tu się zaczynają schody. Czasami trudno podejść nawet pod jeden stopień, tak jak na tej stronie. Skądinąd ciekawy artykuł został tradycyjnie położony przez autora, który po napisaniu nigdy go nie przeczytał i natychmiast wrzucił na stronę, jak do kosza na śmieci. Trochę szkoda, bo widnieje tam taki kwiatek:
Jest kilkadziesiąt kaskaderów w Polsce
Tym, którzy nadal nie wiedzą o co chodzi, włącznie z autorem i innymi osobami, które tworzą tę stronę internetową, przypominamy właściwą formę:
Jest kilkudziesięciu kaskaderów w Polsce
I co, można bez pomyłki?

niedziela, 19 stycznia 2014

Wielka na Stegnach płyta w bloku

Jesteśmy coraz bardziej ciekawi, kto pracuje w tym portalu internetowym i ile dostaje za to pieniędzy. Tradycyjnie chodzi nam o błędy językowe. Jeden z nich znaleźliśmy tu. Ciekawy skądinąd wywiad z architektami został położony już na początku najprawdopodobniej przez red. Dariusza Bartoszewicza. Chodzi o zdanie:
Pod koniec lat 80. mieszkam w bloku na Stegnach z wielkiej płyty.
Na szczęście w języku polskim mamy szyk przestawny i sporą dowolność w ustawianiu wyrazów. Czytając to zdanie wiemy o co chodzi. Logicznie rzecz biorąc dowiadujemy się jednak, że to Stegny są z wielkiej płyty, a nie blok. Musimy jednak przyznać, że zgrabniej byłoby tak:
Pod koniec lat 80. mieszkam na Stegnach w bloku z wielkiej płyty.
Jest jeszcze kilka innych, bardziej fortunnych sposobów napisania tego zdania. Jednak osoba pisząca artykuł wybrała jeden z gorszych. Ktoś powie, że to nieistotny drobiazg. Być może, ale bez zwracania uwagi na takie drobiazgi nie ma solidnego rzemiosła jakim jest dziennikarstwo. Ktoś, nie daj Boże, może to przeczytać i pomyśli jeszcze, że tak jest poprawnie i tak będzie mówił.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Jechał na nartach jadąc na nartach

30 grudnia dotarły do nas, przeciętnych czytelników portali internetowych, smutne wiadomości. Zmarł Wojciech Kilar, a poważnemu wypadkowi uległ kierowca rajdowy Michael Schumacher. Portale informacyjne napisały rzecz jasna o tych wydarzeniach. O wypadku Schumachera przeczytaliśmy tutaj. Rozumiemy, że w dzisiejszych czasach liczy się szybkość, z jaką dany nius dotrze do odbiorców. To przekłada się na pieniądze - reklamodawcy nie będą zlecać reklam za byle co i zwietrzałe informacje. Szkoda tylko, że nie wiadomo kto jest odpowiedzialny za tworzenie tych wszystkich niusów. Przypuszczamy, że mogą to być tresowane surykatki, worki cementu albo jamochłony. Wskazuje na to jakość podawanych informacji. Nie wierzymy, że autorami publikowanych treści są redaktorzy, a nie daj Boże dziennikarze. Z takim dyletanctwem, brakiem profesjonalizmu i niechlujstwa dawno nie mieliśmy do czynienia. Ktoś może się żachnąć, że to tylko niewinna literówka albo powtórzenie, ale jakość naszej pracy świadczy o nas, a poza tym jako czytelnicy chcemy być traktowani poważnie. Tylko tyle i aż tyle. Rozumiemy też, że szefowie twórców kontentu (bo tak się teraz nazywają formy pisane w portalach internetowych) jakość tekstów mają gdzieś nie wiadomo gdzie.