piątek, 29 stycznia 2010

Dawaj, Damian!


A we Włodawie, 19 stycznia, popili sobie stary i młody. To znaczy 17-latek i 42-latek. Podczas miłych chwil balangi, młody zabrał staremu dwie dychy. Kiedy stary poprosił o zwrot kasy, młody chwycił butelkę i nóż, po czym rzucił się na starego i ostro go pociął. Damian W. czyli młody, został zatrzymany przez policję powiadomioną przez starego.

Damian miał taki rozmach, że przy okazji zdemolował też samochód, co zaowocowało stratami na 500 złotych.

Ten rozrywkowy wieczór może kosztować Damiana nawet do 10 lat. Wiecie gdzie.

Prawda to

Liczy się każdy grosz


Każdy z nas miał do czynienia ze specjalistami od marketingu, którzy potrafią bez najmniejszych problemów ustalić cenę za dowolny przedmiot. Takich specjalistów, a w szczególnosci od metalu, można również znaleźć w Głogowie.

Do jednego z warsztatów slusarskich w tym dolnosląskim miescie włamał się 29-latek i węsząc interes zycia, ukradł kawałek kabla i rózne metalowe gadżety. Czym prędzej udał się do skupu złomu. Wyszedł stamtąd bogatszy o szesć dych.

Spodobało mu się, więc namówił kumpla i razem udali się ponownie do tego samego warsztatu. Stamtąd wyniesli metalowe częsci, ważące 650 kilogramów. Siła mięsni przeważyła nad intelektem.

Obaj panowie załadowali towar na samochód i udali się do znanego im skupu złomu. Tam, wspólnie i wporozumieniu ze złomowym, opylili żelastwo, za co dostali 360 złotych. Niestety, nie zdążyli trącić sie kielichami w toascie za dobra robotę, gdyż przeszkodzili im panowie w niebieskich mundurach.

Miny zrzedły złomiarzom. Niebawem zrzedły jeszcze bardziej, kiedy dowiedzieli się, że za cztery stówy sprzedali częsci prasy mechanicznej warte 40 tysięcy złotych.

Kroi im się pięć lat wakacji.

Co robić, kiedy tak było...

Zdrowie Poldona!


Jakby nie patrzeć, popularny polonez jest częscią historii polskiej motoryzacji. Najwyraźniej wiedział o tym dobrze 25-letni mieszkaniec Brodnicy. Tak rozczulił się zabytkowoscią Poloneza, że zachciało mu się nim pojeździć. A ponieważ nie miał takiego wozu pod ręką, postanowił go ukrasć. Wydarzyło się to 27 stycznia w dzielnicy Gdańska - Oliwie. Zanim jednak siadł za kółkiem tego znakomitego wozu, walnął sobie dla kurażu setę. No, może kilka.

Kiedy zatrzymała go policja, wykazał prawie 3 promile alkoholu. Jednak już wczesniej zadbał o dalsze uatrakcyjnienie całej historii. Po sprawdzeniu jego danych, okazało się, że ma już zakaz prowadzenia pojazdów, a oprócz tego jest poszukiwany przez policję, celem odbycia przymusowego urlopu.

Niedoszłemu porucznikowi Borewiczowi serdecznie gratulujemy, że nie wybrał samochodu niemieckiego!

Oryginał informacji

Prawdziwa atrakcja


Pomorze ma do zaoferowania wiele atrakcji: Bory Tucholskie kuszą niezmierzonymi kniejami, w których można na długie dni zagubić się w poszukiwaniu wewnętrznego spokoju. Liczne zabytki techniki z początku XX wieku dają możliwosć zapoznania się z doskonale działającymi urządzeniami niemieckiej prowieniecji. Można również podziwiać zabytki architektury, zarówno te odrestaurowane, jak i leżące w ruinach. Polecamy ten region kraju wszystkim, którzy nie wiedzą jak spędzić kilka wolnych dni. To taka nasza niesmiała propozycja.

Oczywiscie czas wolny można spędzać w powyższy sposób, ale nie trzeba. Tak jak mieszkanka Wałcza, leżącego własnie na Pomorzu. W sferze jej zainteresowania pojawiło się cos zupełnie innego.

28 stycznia policja otrzymała informację o dziecku płaczącym w jednym z tamtejszych mieszkań. Na miejscu spotkali 27-letnia kobietę, której prawdopodobnie nigdy nie interesowały uroki Pomorza. Jej hobby polegało na przyjmowaniu alkoholu oraz braku opieki nad zaniedbanym, 2-letnim dzieckiem.

Dzięki swojemu hobby, kobita osiagnęła 2,5 promila alkoholu. Można przypuszczać, że po zakończeniu sprawy zostanie skierowana do państwowego osrodka wypoczynkowego, który znajduje się własnie w Wałczu.

Stać nas!

Jestesmy bogatym krajem. A w "bogatosci" prym wiedzie rzecz jasna stolica. Przykład idzie z góry, a więc trzeba się postarać i pokazać całej Polsce, jak marnować pieniądze, których mamy za dużo. Na razie podamy zaledwie dwa skromne przykłady.

Pierwszy dotyczy Trasy Toruńskiej. Na początku lat 90. zbudowano przęsła i dojazdy do wiaduktów, na które nie było pieniędzy. Specjalisci stwierdzili, że skoro tak, to "się poczeka" i resztę zbuduje później. No i dobrze. Przez 17 lat betonowe kikuty sterczały sobie spokojnie, urozmaicając kierowcom przydrożne widoki. Po latach okazało się jednak, że budowle pozostawione same sobie porosło różne zielsko, a i warunki klimatyczne zrobiły swoje. Dzięki tej wieloletniej, pieczołowitej konserwacji można je było tylko rozebrać, co też uczyniono.

Samochody, które w dużych ilosciach przemieszczały się Trasą Toruńską, powodowały duży hałas, budząc mieszkańców po nocach. Dlatego też władze dzielnicy Targówek wspaniałomyslnie postanowiły, bez uzgodnienia z generalną dyrekcją zajmującą się drogami, że wybudują ekrany dźwiękochłonne. Kosztowało to w 2002 roku 5 milionów złotych. Jak wykazały badania, niewiele to pomogło, bo i tak mieszkańcom było głosno.

Wkrótce pojawił się kolejny projekt dotyczący Trasy Toruńskiej, który zakładał, że ruch samochodów zostanie puszczony w betonowo-szklanym korytarzu. Przy okazji, wyszło na jaw, że ekrany dźwiekochłonne nalezy zburzyć, aby zbudować nowoprojektowany tunel, który ma powstać do 2011 roku.

A teraz przykład numer dwa.
Magistrat chce mieć ładny Plac Trzech Krzyży. Ogłosił nawet konkurs na przebudowę. Chwalebna ta koncepcja zakłada całkowitą przebudowę placu. Urzędnicy chcą, aby między innymi zniknęła pętla autobusowa i żeby obywatele mieli plac, na którym beda mogli spacerować i spotykać sie towarzysko. Zupełnie jak projektanci placu Konstytucji, który powstał w ramach niedokończonego Planu Szescioletniego.

Pod powierzchnią wiekowego Placu Trzech Krzyży ma powstać też podziemny parking na kilkaset samochodów. Na szczęscie w konkursie nie uwzględniono budowy parkingu. Ma on powstać "później". W ten sposób, po kosztwonej przebudowie Placu Trzech Krzyży, która ma wynieć 16 milionów złotych, trzeba będzie za jakis czas znowu wszystko rozkopać, przebudować, przekomponować i wydać kolejne miliony.

Naprawdę, cieszę się, że stać nas na takie inwestycje i lekką reką możemy co kilka, kilkanascie lat wywalać kupę kasy. I niech nikt nie mówi o zaciskaniu pasa w związku kryzysem.

czwartek, 28 stycznia 2010

Znowu!

Hasło: Niemiecki samochód
25 stycznia, Sokołów Podlaski, ulica Ks. Brzózki, godzina 18.10. 34-letni kierowca opla vectry wykazał się wynikiem 2,9 promila.
Tu napisali.

26 stycznia, Węgrów, ulica Słowackiego. Kierowca opla miał 2,5 promila.
Tak było

Poproszę telefon, a nawet dwa

Brawo, brawo, autor, autor! Tak chciałoby się zakrzyknąć na czesć specjalisty od wyłudzania telefonów komórkowych. 25 stycznia, 25-latek zamieszkały w powiecie jarosławskim, udał się do jednego z rzeszowskich salonów telefonii komórkowej. Posługując się fałszywym dowodem osobistym, zakupił z symboliczną złotówkę telefon. Kiedy już upragnione urządzenie znalazło się w jego rękach, co sił w nogach popędził do najbliższego komisu, w którym sprzedał komórę za 360 złotych.

Uradowany z tego, że przekręt sie udał, postanowił wejsć drugi raz do tej samej wody, czego - jak wiadomo - się nie robi. Po kilku chwilach wrócił do tego samego salonu, żeby wyłudzić kolejny telefon. Kiedy podpisywał drugą umowę, znowu posłużył się tym samym fałszywym dowodem osobistym.

Niestety, najwyraźniej z radosci nie potrafił zachować zimnej krwi i podpisał się własnym nazwiskiem. Próbował jeszcze mazać i przerabiać podpis, ale pracownicy salonu stali się podejrzliwi. I wezwali policję.

Jest szansa, że nawet przez najbliższe 8 lat będzie mógł rozważać, co zrobił źle.

środa, 27 stycznia 2010

A jednak niemiecki!


Szybko jednak uspokolilismy się, kiedy dowiedzielismy się, że sprawcą potrącenia 20-latki, które miało miejsce 26 stycznia wieczorem w Otominie, gm. Kolbudy, był kierowca vw transportera.

Nie dosć, że potrącił dziewczynę, to zachował się na tyle odpowiedzialnie, że odjechał z miejsca wypadku. Niestety, już dwie godziny później samochód zatrzymano. Znajdowało się w nim trzech fanów czegos mocniejszego. Włącznie z kierowcą mieli, zamiast oleju, po 1 promilu alkoholu na głowę.

Nie do wiary...!

I tak nie uwierzycie, nawet, kiedy podamy źródło informacji.

Tym razem chodzi o uwstecznionego, 46-letniego kierowcę, który 18 stycznia o 14:45 cofając na parkingu w Pruszczu Gdańskim, uderzył w dwa samochody. Policja szybko ujawniła, że we krwi szoferaka, oprócz własciwych płynów ustrojowych, krążyło również 2,5 promila alkoholu. Ale nie to wywołało nasze zdumienie.

Nasze niezdrowe wręcz ożywienie spowodował fakt, że nietrzeźwy kierował, uwaga - fiatem palio. Nie był to niemiecki samochód! Cos niesamowitego! Najwyraźniej wyjątki potwierdzają regułę.

Złapany z rurką w ręku

Niektórzy panowie mają typowo freudowskie probemy natury osobistej. Zaledwie przed chwilą, w poprzednim poscie, pisalismy o dwóch takich, co lubią mieć węże na wierzchu, a tu niespodziewanie dowiadujemy się o innym delikwencie, który z kolei lubił potrzymać sobie rurkę, też na wierzchu.

Ten od rurki pochodzi z Lublina. 20 stycznia podjechał busem (znowu nie podano marki...) na parking przy ulicy Metalurgicznej i zaczął spuszczać... paliwo z ciężarówek do przywiezionych ze sobą kanistrów.

Niestety, wszystko zuważył parkingowy, który wezwał policję. Misterny plan, jaki miał facet od rurki zakładał, że spuszczonym paliwem zatankuje busa, którego pobrał z wypożyczalni samochodów. Przy okazji, okazało sie, że to nie pierwszy raz, kiedy sprawca tankował samochód poza stacją bezynową.

O dwóch takich...


Nie, nie ukradli Księżyca, bo pilnuje go pan Twardowski. Nikt natomiast nie pilnował remizy strażackiej w miejscowosci Gromadka (około 30 kilometrów na wschód od Przejęsławia). Placówka OSP była do tego stopnia niepilnowana, że 19 stycznia dostało się do niej dwóch panów, którzy bez wiedzy strażaków pobrali rozmaite sprzęty należące do rycerzy sw. Floriana: węże strażackie i umundurowanie warte 20 tysięcy złotych.

Rozumiemy, że niektórzy lubią sie przebierać, nawet za strażaków i paradować w mundurze z wężem na wierzchu, ale można inaczej wejsć w posiadanie przeciwpożarowych gadżetów. Już dwa dni po samowolnym pobraniu sprzętu, miłosnicy strażackich atrybutów zostali zatrzymani przez policję, a przedmioty znaleziono w domach złodziei.

Teraz niedoszli przebierańcy będą mogli nawet przez 10 lat obmyslać, za kogo przebiorą się następną razą.

Ciągle to samo...

Wiem, że P.T. Czytelnicy są już znużeni tymi informacjami, ale nic nie możemy poradzić na otaczającą nas rzeczywistosć. Z ręką na sercu przyznajemy, że nas też to nieco nuży. Własciwie moglibysmy umieszczać w kółko ten sam post, zmieniając jedynie najważniejsze dane.

Jak tak dalej pójdzie, chyba przestaniemy pisać o szczegółach wydarzeń, ograniczając się jedynie do podania najważniejszych informacji. Spróbujmy więc zastosować nowatorską metodę.

Hasło: niemiecki samochód. 25 stycznia, godzina 23:25, Jelenia Góra, ulica Grunwaldzka, Ford Escort. Najpierw ucieczka przed policją, potem uderzenie w zaparkowany samochód, badanie alkomatem i wynik prawie 2 promile. Brak prawa jazdy.

Frankenstein żyje!

Ząbkowice Sląskie nosiły kiedys nazwę Frankenstein. Stąd własnie pochodzi nazwa książkowej postaci, powołanej do życia przez Marry Shelley. Otóż Wiktor Frankenstein powołał do życia osobnika, stworzonego z fragmentów różnych zwłok.

Postać zdobyła taką popularnosć, że zaczęła żyć własnym życiem własnie w Ząbkowicach Sląskich. Dała o sobie znać 22 stycznia jako 37-letni kierowca pojazdu samochodowego (niestety, nie podano marki!). Dając upust swoim mrocznym żądzom, wjechał w grupę trzech młodych i dodajmy - trzeźwych - ludzi, prawidłowo idących poboczem. Po wykonaniu manewru opuscił miejsce zdarzenia. Policjanci, którzy niebawem go zatrzymali, sprawdzili że prawidłowe działanie impulsów elektrycznych w mózgu zostało zakłócone przez 2,5 promila popularnej substancji, której wzór chemiczny podalismy tutaj.

Prawie niemiecki


Na początek trochę historii. W 1986 roku firma samochodowa Volkswagen wykupiła 51% akcji hiszpańskiej marki Seat. W kolejnych latach udział niemieckiego koncernu zwiekszył się do 79%, a w latach 90. osiągnął 99%. Tę informację należy zapamiętać. Bo to tak, jakby Seat stał się niemiecką marką.

Teraz przeniesmy się do Pomiechówka na Mazowszu (10 km na wschód od Wymysłów). W tej miejscowosci, 24 stycznia około 21:00 zatrzymano do kontroli na ulicy Nasielskiej seata. Badanie za pomocą alkomatu wykazało niezbicie u kierowcy obecnosć 2 promili alkoholu.

I od razu druga sprawa: 25 stycznia, Warszawa, ulica Wirażowa, godzina również 21:00. Kierujący fordem mondeo (produkowanym w Kolonii, w Niemczech), 56-letni Krzysztof B. tak sprawnie przeprowadzał manewr jazdy na wprost, że stracił panowanie na swoim niemieckim wozem i uderzył w tył forda focusa. Na miejscu zdarzenia pojawiła się policja, która szybko ustaliła, że sprawca z mondeo ma we krwi - tak, tak, zgadza się - 2 promile, ale za to nie ma przy sobie prawa jazdy.

I po trzecie: 26 stycznia, Warszawa, Aleje Niepodległosci, tuż po północy. Policyjny patrol zauważył volkswagena, który rozwinął znaczną prędkosć. Rutynowe, rzecz jasna, badanie wykazało, że kierowca nie miał przy sobie prawa jazdy, ale w zamian przyjął do organizmu 1,5 promila.

Po czwarte: 27 stycznia, Warszawa, stacja benzynowa na Targówku, również tuż po północy. Na wspomnianą stację benzynową wjeżdża rozpędzony opel vectra. W srodku muza na maksa. Zamiast zaparkować, uderza w scianę myjni, po czym kierowca zasypia. 30-letni Piotr S. miał problem z wozem, ponieważ cos kazało mu wsiąsć za kierownicę. Tym czyms były ponad dwa promile.

Cos w tym musi być.

W samo południe

Rzecz wydarzyła się w samo południe. I tylko tyle miała wspólnego ze znanym westernem. Nie miało to miejsca w miasteczku na Dzikim Zachodzie, chociaż może warto byłoby rozważyć wprowadzenie takiej nazwy geograficznej, ponieważ chodzi o Dąbrowę Olesnicką, która znajduje się na zachodzie kraju.

26 stycznia w tej miejscowosci kierujący vw golfem (znowu niemiecki samochód!) na widok policyjnego radiowozu zatrzymał się i zaczął oddalać się od swego pojazdu. Wzbudziło to podejrzenia stróżów prawa, którzy postanowili go zatrzymać. Podczas kontroli, zaczęli pociągać nosami. Nie mieli wcale kataru, tylko wyczuli woń pewnego związku chemicznego, którą roztaczał wokół siebie kierowca. Uchylamy rąbka tajemnicy i informujemy, że wzór chemiczny substancji brzmi C2H5OH.

39-latek został poproszony o dmuchnięcie w pewne urządzenie elektroniczne, które na wyswietlaczu pokazało liczbę 0,4. Na takie dictum acerbum miał rzeczony kierowca jedną propozycję: 300 euro w zamian za odstąpienie od czynnosci służbowych. Rzecz jasna, przedstawiciele organów scigania nie uczynili tego.

Kierowca tłumaczył, że co prawda, dzień wczesniej spożywał alkohol, ale rano wypił tylko jedno piwo. W ten sposób za jazdę po alkoholu i próbę przekupstwa może go czekać 8 lat w znanych, wymienianych wielokrotnie państwowych osrodkach wypoczynkowych.

Źródło

wtorek, 26 stycznia 2010

Znowu niemiecki samochód


Jest w tym pewna prawidłowosć. Większosć opisywanych przypadków prowadzenia samochodów w stanie odmiennym od ogólnie przyjętego (i nie chodzi tu o ciążę), nierozerwalnie wiąże się z wymienianiem niemieckich marek samochodowych.

Nie inaczej było w przypadku 30-letniego kierowcy, który 23 stycznia na drodze pomiędzy Jelanką a Rzeczniowem (20 kilometrów na północny zachód od Czekarzewic Pierwszych) prowadził opla vectrę w sposób zastanawiający innych użytkowników drogi. Na wszelki wypadek zawiadomili policję. Vectra została do rutynowej kontroli drogowej, która wykazała - tak, macie rację - 1,87 promila alkoholu we krwi kierowcy. Warto dodać, że podczas kontroli zachowywał się agresywnie.

W związku z tymi licznymi faktami związanymi z produktami niemieckiej motoryzacji zastanawiamy się, czy przypadkiem Niemcy podczas produkcji samochodów nie rozpylają srodków, które wdychane powodują objawy upojenia alkoholowego. A może skłaniają one polskich kierowców do spożywania alkoholu?

A może jest to zemsta za ziemie utracone w wyniku II wojny swiatowej? Apelujemy, aby odpowiednie urzędy zajęły się tą palącą jak spirytus sprawą.

Kołpak tu, kołpak tam

Polak potrafi zarobić na wszystkim. Na kołpakach samochodowych również. Tylko jak zdobyć je najtańszym sposobem? Zaraz, zaraz, to proste! Można zdejmować je z samochodów. Stoją przecież przy każdej ulicy.

Tak rozumowało czterech matołów, przepraszamy, małolatów w wieku 19 i 20 lat ze Swarzędza. Jak wiadomo, Wielkopolska od lat jest zagłębiem metaloplastyki. W tamtych okolicach można zakupić po okazyjnej cenie samochody z niewielkim przebiegiem, którymi na Zachodzie sporadycznie poruszał się starszy pan albo kobieta. W rzeczywistosci pojazdy te okazują się struclami po wszelkich możliwych wypadkach albo, jak głosił stary dowcip, są zespawane z trzech przystanków autobusowych.

Reasumując, działalnosć złodziei kołpaków wpisuje się w tradycje motoryzacyjne regionu. Kradzione elementy miały być sprzedane za posrednictwem pewnego portalu aukcyjnego.

Niestety, dochodowy biznes nie doszedł do skutku, ponieważ złodzieje zostali zatrzymani przez policję na goracym uczynku.

Co, nie wierzysz?

Wagary w sądzie

Kto chodził na wagary? Dziekuję, ręka w dół. A kto próbował usprawiedliwić sobie nieobecnosć, używając sfałszowanego wezwania do sądu?

Dobra, nie wysilajcie się, odpowiemy. Tak zrobiła 16-latka z Oławy, która chciała usprawiedliwić sobie jedną godzinę lekcyjną. Oczywiscie myslała, że sprawa się nie wyda. Niestety, nauczyciele nie są takimi tumanami, za jakich uważają ich uczniowie. Belferka zorientowała się, ze kwit jest lewy.

Po tej sprawie, uczennica będzie mogła usprawiedliwić swoją nieobecnosć na innych lekcjach oryginalnym wezwaniem do sądu rodzinnego.

Porządny chłopak!


Gdzie szukać chłopaków na schwał? Bez wątpienia jest ich pełno na terenie całego kraju. Nie brakuje ich też w Nisku. 22 stycznia grupa młodzieży zrobiła sobie imprezę. Wiadomo, piątek, a młodosć musi się wyszumieć. Szczególnie zaszumiała ta młodosć kilku małolatom w wieku 14, 15 i 16 lat. W opuszczonym niżańskim domu spożywali wspólnie alkohol.

Jednemu z nich szumiało tak bardzo, że znużony balangą położył się w pobliżu szkoły. Policja, zawiadomiona przez troskliwego obywatela, zaopiekowała się młodym człowiekiem, który nie był w stanie zachować pozycji wertykalnej. Badanie przemarzniętego chłopaka wykazało nie tylko odmrożenia i ogólne wychłodzenie ciała, ale niejako przy okazji - 2,73 promila alkoholu.

Tak było

Schadenfreude


W języku niemieckim istnieje takie okreslenie jak schadenfreude. Oznacza ona radosć z czyjegos nieszczęscia. Kiedy sledzi się doniesienia prasowe z całego kraju, można odniesć wrażenie, że odpowiednik tego terminu należałoby wprowadzić do języka polskiego.

Potwierdza to na przykład zachowanie 26-latka z Ostrowa Wielkopolskiego. Jak powszechnie wiadomo, góry sniegu zalegające na terenie całego kraju, powodują drastyczny spadek miejsc parkingowych. Niejeden kierowca przekonał się, że na dotychczasowych miejscach przeznaczonych dla samochodów, parkują olbrzymie kupy sniegu. Wspomniany 26-latek również jest kierowcą. Aby uniknąć kłopotów z parkowaniem swego wozu, pracowicie odsnieżył swoje miejsce, w którym stawiał samochód. Aby nikt nie zajął tego idealnego miejsca, postawił na nim leżak.

Jednak niebawem na tym miejscu zaparkował inny pojazd. Zdenerwowany kierowca sięgnął po łopatę (o innych zastosowaniach tego narzędzia możecie przeczytać tutaj i tutaj) i mozolnie okopał zwałami sniegu samochód, który zajął jego miejsce. Po skończonej robocie odetchnął z radosną ulgą.

To jest własnie schadenfreude. I na tym mogło się skończyć, ale 26-letni łopatowy postanowił dołozyć wisienkę na snieżnym torcie. Przejechał łopatą po całym samochodzie.

W ten sposób zamiast tylko cieszyć się z cudzego kłopotu, będzie musiał pokryć koszty blacharza. I kto zasmieje się ostatni?

Hop!

Obywatele Królestwa Wielkiej Brytanii już dawno przestali kojarzyć się z flegmatycznymi gentlemanami, którzy leniwie popijają whisky siedząc w miękkich klubowych fotelach w elitarnych klubach. Kolejne pokolenie odznacza się animuszem i niebywałą wprost energią. Jeden z 22-letnich przedstawicieli owego pokolenia wybrał się na wycieczkę do kraju wierzb płaczących, nostalgicznej muzyki Chopina i niemieckich samochodów.

Kiedy przebywał w Warszawie, wiedziony tradycją nie tylko polską, ale również angielską, wieczorem 22 stycznia wprowadził sobie do organizmu pewną ilosć alkoholu. Substancja zadziałała w dosć przewidywalny sposób. Anglik mianowicie wykazał się polską, ułańską fantzją. Zacząl skakać po maskach samochodów zaparkowanych przy Alejach Jerozolimskich. Udało mu się pokonać następujące wozy: hondę, citroen, mazdę i vw golfa. Po zeskoczeniu na ziemię, ku swojemu zdziwieniu zobaczył radiowóz. Policjanci znaleźli mu nocleg na ulicy Kolskiej, gdzie miesci się stołeczna izba wyrzeźwień.

Do kosztów wycieczki będzie musiał doliczyć 4000 złotych, bo tyle wyniosły szkody.

Dzidzi w zaspie


Mróz źle wpływa na odruchy macierzyńskie. W poprzednim poscie pisalismy o spragnionej matce, która wykazała się 3 promilami. Tamta sytuacja miała miejsce w Hajnówce. Kolejne doniesienie o spragnionej matce pochodzi z innego rejonu kraju - Górnego Sląska.

20 stycznia, na jednej z katowickich ulic przypadkowy przechodzień zauważył ciekawą scenę. Kobieta prowadząca wózek z dzieckiem przewróciła się, a wózek wpadł w górę zmarzniętego brudu i soli. Kobieta wstała, pobieżnie oczysciła swoją odzież i poszła dalej. Wózek z dzieckiem pozostał na miejscu.

Litosciwy przechodzień, podniósł dziecko i zawiadomił policję. Stróże prawa nie mieli kłopotów z ustaleniem danych matki dziecięcia porzuconego w kupie sniegu. Po zatrzymaniu w mieszkaniu matki, przeprowadzono badanie, które wykazało 3,57 promila we krwi kobiety.

Dom zły


Na wschodnich rubieżach kraju znajduje się niewielka miejscowosć Hajnówka. Przyjeżdżają tam turysci spragnieni widoków prastarej kniei, opiewanej przez Adama Mickiewicza i żubrów, które wiodą spokojny zywot w tamtejszym parku narodowym.

Zupełnie czego innego była spragniona jedna z mieszkanek Hajnówki, o czym donosi serwis podlaskiej policji. 25 stycznia lokalna komenda otrzymała informację o pijanej matce, opiekującej się dwójką dzieci w wieku 12 lat oraz drugim, trzymiesięcznym. Cynk był prawdziwy, niczym ze scenariusza drugiej częsci filmu "Dom zły". Opiekuńcza mama, mamusia, mamunia była tak spragniona, że wykazała się chlubnym wynikiem, wynoszącym ponad 3 promile.

Nigdy nie kłamiemy.

Dozur, dzieciaku, dozur

W życiu jest tak, że pewne rzeczy umiemy robić lepiej, inne gorzej. Na przykład ktos ma jedna nogę dłuższą, ale drugą - krótszą. Nic się na to nie poradzi.

Aby wyjasnić, o co chodzi, należy cofnąć się do gorącego przedswiątecznego okresu w drugiej połowie grudnia, a dokładnie do 22 grudnia. Wtedy pewien 18-latek włamał się w Lublinie do samochodu i ukradł laptopa. Wiadomo, że młody człowiek umiał otworzyć samochód bez kluczyków. Nie potrafił jednak upilnować niesfornego telefonu komórkowego, który zgubił w okradanym samochodzie. Policjanci znaleźli telefon pod fotelem. Wnikliwa analiza zawartosci urządzenia wykazała, że w książce telefonicznej znajduje się kontakt zapisany pod wiele mówiącym hasłem "DOZUR". Numer telefonu należał do jednego z lubelskich komisariatów, na który 18-letni złodziej miał się regularnie stawiać.

Własciciel telefonu przez miesiąc unikał spotkania ze stróżami prawa. W końcu jednak powrócił w domowe pielesze, gdzie został zatrzymany. Przy okazji na jaw wyszło kilkanascie podobnych wybryków. Teraz grozi mu cos więcej niż tylko "dozur" kuratora.

Informacja autentyczna

Mistrz kierownicy nie ucieka


Każdy kierowca uważa, że to on potrafi najlepiej prowadzić samochód. Ta oczywistosć znalazła potwierdzenie również w przypadku 51-letniego szofera, poruszającego się po Kwidzynie daewoo lanosem. 21 stycznia inkryminowany pojazd stanął w płomieniach przy ulicy Baczyńskiego. Na miejscu zjawiły się policja i straz pożarna, udzielając pomocy kierowcy i gasząc płonący pojazd.

Szybko okazało się, że 51-latek dosłownie kilka minut wczesniej dokonał brawurowego wyczynu, godnego Burta Reynoldsa. Podczas wyprzedzania uderzył w inny samochód, po czym razem z lanosem próbował niepostrzeżenie opuscić miejsce wypadku.

Zapomniał jednak zwolnić hamulec ręczny. Po przejechaniu kilku kilometrów zablokowane hamulce rozgrzały się i spowodowały pożar samochodu. Stróże prawa pobrali kierowcy krew do badania, aby sprawdzić czy przy okazji znalazły się tam promile. Niestety, póki co, nie wiadomo czy tam były.

Mistrz kierownicy ma teraz inne zmartwienia na głowie.

Cztery promile wyjątku


Wyjątki potwierdzają regułę. I to niezłe wyjątki. Na przykład w Stargardzie Szczecińskim przy ulicy Dworcowej. Tam 22 stycznia, około 18.00 policja zatrzymała - dla odmiany - hondę (jak jednak można się zorientować na podstawie doniesień prasowych, japońskie samochody również stanowią wysoki odsetek w naszym kraju). Stróże prawa od razu poczuli roztaczaną szeroko przez 56-letniego kierowcę woń alkoholu. Badanie wykazało początkowo nieśmiałe 3,40 promila. Jakież jednak było zdumienie stróżów prawa, kiedy kolejne, trzecie badanie wykazało już 4,02 promila.

Według niepotwierdzonych danych ów dzielny kierowca jest najprawdopodobniej żywą, czynną biologicznie instalacją do produkcji bimbru. To mają wykazać dalsze badania.

Nie zawodzimy naszych Czytelników

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Ten czas, to miejsce


24 stycznia, Trzebinia, ulica Słowackiego, godzina 17.35. W tym miejscu i czasie policja zatrzymała 53-letniego mieszkańca Chrzanowa, który poruszał się volkswagenem golfem. Kontrola wykazała, że chrzanowianin wprowadził sobie do organizmu 3,1 promila alkoholu, po czym wsiadł za kierownicę.

Szanujemy pracę umysłową, jaką wykonał 53-latek, kiedy odpalał swojego golfa. Mamy jednak na ten temat własne zdanie.

Sama prawda

Góral syćko umi


I wypić, i autobusem pojechać. Nawet gdy na polach zalega mróz trzaskający, to na wąskiej drodze lokalnej można tak umiejętnie zawracać dużym autobusem, aby dokładnie zablokować ruch. A dokładnie - pozwolić, aby tylna oś zsunęła się z twardego pobocza i beztrosko buksowała w przydrożnym śniegu.

Zgodnie z przytoczoną powyżej instrukcją postąpił pewien góral w okolicach Krościenka. Zaklajstrował ruch na drodze na amen. Zanim jednak przeszkodę usunął sprowadzony przez policję dźwig, stróże prawa szybko odnaleźli kierowcę autobusu, który tak samo dzielnie jak z buksującymi kołami, poradził sobie z flaszeczko. Radził sobie tak dobrze, że osiągnął stan ponad 2 promili.

Gratulujemy zmysłu przewidywania.

Tak było

Bluzka na krawężniku

W mroźną piątkową noc, z 22 na 23 stycznia na ulicy Krakowskiej w Strzelcach Opolskich pojawiła się odzież. Przy krawężniku leżały kurtki, a na chodniku damska bluzka. Spodnie dżinsowe natomiast znalazły swoje miejsce na asfaltowej wstędze czyli na jezdni.

Szanowni Czytelnicy zapewne długo by się zastanawiali, skąd zawartość szafy wzięła się na środku ulicy w zimową noc. Na pewno można snuć różne scenariusze, starając się wytłumaczyć owo niespotykane zjawisko.

Aby nie trzymać dużej w niepewności P.T. Czytelników, należy w końcu opisać całe zajście. Około trzeciej w nocy, kiedy mróz skuwał pracowicie całe Strzelce Opolskie, wyżej wspomnianą ulicą Krakowską, przechadzała się grupa młodzianów. Rozpierała ich energia, gdyż uprzednio spożywali napoje wyskokowe w niedalekim szynku.

Jeden z młodych ludzi w pewnym momencie kopnął silnie w szybę sklepu z używaną odzieżą. Szkło rozprysło się, a 25-latek przez dziurę wyciągnął odzież i zaczął rozrzucać ją na ulicy.

Jak wykazało policyjne dochodzenie, kilkaset metrów dalej odkryto kolejne włamanie, również do sklepu z używaną odzieżą. Zatrzymany chuligan przyznał się do popełnionych czynów i dobrowolnie poddał się karze: 4 miesiącom więzienia w zawieszeniu na 3 lata i 800 złotych grzywny.

Mazowiecki spleen


Tym razem postanowiliśmy oszczędzić Wam czytania skomplikowanych informacji o potędze mieszkańców naszego kraju. Proponujemy za to błyskawiczny przegląd najnowszych doniesień z regionu Mazowsza. Będzie krótko i treściwie:

24 stycznia, Siedlce: Kłótnia, bijatyka i kradzież telefonu komórkowego w czasie libacji alkoholowej.
24 stycznia, Siedlce: Rozbój, w wyniku którego poszkodowanemu zabrano paczkę papierosów.
24 stycznia, Płońsk: Zatrzymano złomiarzy, kradnących miedziane druty z transformatorów.
23 stycznia, Radom: Rozbój na dwóch 17-latkach. Skradziono kilka złotych i telefon komórkowy.
21 stycznia, Radom: 54-latek wymyślił sobie, że kilkakrotnie kupił telefony komórkowe i za każdym razem ktoś mu je ukradł.
21 stycznia, Sochaczew: 33-letni, pijany (2 promile) mężczyzna bez powodu celował z wiatrówki do 12-letniej dziewczynki.
20 stycznia, Mława: Zatrzymanie pijanego kierowcy (2,4 promile - samochód opel).
20 stycznia, Zwoleń: Kradzież przenośnego silnika elektrycznego.
20 stycznia, Łosice: Kradzież drobiu i alkoholu. Szkody - 5000 złotych.

Obcokrajowców informujemy niniejszym: Polska piękna kraj, Polska wspaniała kraj. I Mazowsze też.

Niemiecki samochód jest zawsze podejrzany


Stanisław Bareja w Brunecie wieczorową porą wylansował teorię, ze czerwony kapelusz jest zawsze podejrzany. Do kanonu teorii proponujemy dołożyć kolejną: niemiecki samochód jest zawsze podejrzany.

Abyśmy nie zostali posądzeni o rzucanie słów na wiatr, możemy przytoczyć kilka wcześniejszych przykładów: z Częstochowy, Głogowa Małopolskiego albo Radomska.

Na potwierdzenie naszej teorii przytaczamy świeższe doniesienia, tym razem z Kolna. W miniony weekend (23 i 24 stycznia), tamtejsi policjanci zatrzymali dwóch kierowców, którzy poruszali się oplem i volkswagenem. Ich kierowcy mieli następujące promilaże: opel - 3 promile, volkswagen - 2 promile.

Sugerujemy, aby krajowi specjaliści zajmujący się motoryzacją zgłębili ten fascynujący temat. Mamy wrażenie, że badania mogą zaowocować niesamowitymi wynikami. Kto wie, a nuż powstanie jaki doktorat, habilitacja, a nawet docentat.

Opieka - trudna rzecz


Zagubione wsród jezior i lasów Węgorzewo kryje niejedną tajemnicę. W okolicach tego mazurskiego miasteczka, znajdują się liczne pozostałosci niemieckich budowli wojennych, które potrafią rozbudzić wyobraźnię niejednego miłosnika historii i przygód.

Jednak zupełnie cos innego rozbudza niektórych mieszkańców tamtych okolic. W jednej z okolicznych miejscowosci pewna matka tak się rozbudziła za pomocą alkoholu, ze udało się jej osiągnąc stan rozbudzenia wynoszący 2,5 promila. W tym stanie opiekowała się trójką dzieci.

Wezwała nawet policję, która według niej miała z jej barków zdjąć ciężar odpowiedzialnego obowiązku związany z dziećmi. Zamiast tego, pociechami zajęła się sąsiadka, a kobietą w stanie rozbudzenia zajęła się policja.

Wiadomosć jest prawdziwa

Być hobbystą


Są tacy - to nie żart - którzy ponad wszystko cenią sobie hobby. Od pewnego czasu miliony Polaków uprawiają spokojne i wciagające hobby, uprawiane za pomocą dużych, elektronicznych maszyn, ustawionych w róznych punktach usługowych w całym kraju.

Omawiane hobby, oprócz wielu walorów poznawczych, ma równiez szlachetne podłoże - dzięki niemu można szybko pomnożyć posiadany majątek. Jeden z hobbystów, zamieszkały w gminie Radwanice, cały wieczór 22 stycznia, spędził w Głogowie na upojnym pielęgnowaniu swojej pasji. Pielęgnowanie wymagało inwestycji, które wyniosły kilkaset złotych. Kiedy z niepokojem stwierdził, że zamiast inwestycji ma puste kieszenie, postanowił napełnić je ponownie.

W tym celu opuscił miejsce uprawiania swojego hobby i wyszedł na ulicę. Tam zauważył starsza panią. Kobieta, jak to kobieta, miała przy sobie torebkę. Hobbysta wyszedł z założenia, że torebka bardziej przyda się jemu, niż starszej pani. Czym prędzej pozbawił ją tego przedmiotu i oddalił się.

Tak sie nieszczęsliwie złożyło, że zajscie zauważył swiadek, który zawiadomił policję. Kilka minut później hobbysta znalazł się w rekach organów scigania. Teraz będzie mógł nawet przez 12 lat obmyslać kolejne sposoby pielęgnowania swojego hobby.

Częstochowski rajd


Jak to się mówi - najciemniej pod lampą. Tak jest w przypadku miasta, które może niektórym kojarzyć się ze stolicą religijnego skupienia i kontemplacji, Częstochową. W sobotę, 23 stycznia, na ulicy Jagiellońskiej policyjny patrol zauważył pojazd mechaniczny marki Audi, który poruszał się nietypowym torem jazdy. Samochód jechał od krawężnika do krawężnika, korzystając z całej szerokości ulicy. Oprócz tego nie miał włączonych świateł, a kierowca i pasażer nie mieli zapiętych pasów bezpieczeństwa.

Taki zestaw objawów wzbudził zainteresowanie policjantów. Podczas próby zatrzymania, niemiecki wóz przyspieszył, próbując uciekać. Niestety, zamiast brawurowej ucieczki, jazda szybko skończyła się uderzeniem w inny wóz, nadjeżdżający z przeciwka. Zatrzymanie doszło do skutku.

Kierowca, który roztaczał wokół siebie woń trawionego alkoholu, zdecydowanie odrzucił propozycję przebadania się alkomatem. Na dodatek, złożył mundurowym propozycję wręczenia 2 tysięcy złotych w zamian za puszczenie tego incydentu w niepamięć. Niestety, policjanci nie dali się namówić, a przy okazji znaleźli przy krewkim kierowcy narkotyki.

W ten sposób należący do nas wszystkich zakład odosobnienia (działają one dzięki naszym podatkom) może mieć nowego lokatora, który może spędzić w nim do 8 lat.

Kaskaderka mimo woli


Zima nawet dzieciom daje się we znaki. O dorosłych nie wspominając. pewien 43-latek tak nieszczęśliwie jechał w Wołominie samochodem o 10 rano, że miał we krwi 1,8 promila alkoholu. Dzięki temu udało mu się potrącić własną żonę, która akurat wtedy szła poboczem.

Sprowokowana przez siebie kaskaderską sztuczkę w wykonaniu zony będzie mógł wspominać w zaciszu własnego pokoju w jednym z państwowych ośrodków nawet przez 4 lata.

Było pite na mrozie


Teoretycznie, nawet największemu cynikowi powinno zmięknąć serce, kiedy ginie dziecię. Kiedy jednak okazuje się, że dziecię z własnej inicjatywy spożywało alkohol, sytuacja zmienia się o 180 stopni.

Taki wypadek miał miejsce w Głowience (na Podkarpaciu, 15 km na północny zachód od Bzianki). 13-latek wyszedł z domu z dwoma rówieśnikami w sobotnie popołudnie. Wiadomo, że przyjmowali alkohol, najprawdopodobniej, aby zminimalizować skutki mroźnej pory roku i zabić nudę związaną z feriami. Po pewnym czasie dwaj młodzi ludzie wrócili do domów. Jeden - jak się można domyślać - nie wrócił. Rodzice, mimo poszukiwań nie odnaleźli brakującego dziecka. Rano zawiadomili policję, a niedługo później, w okolicach miejscowego cmentarza, odnaleziono zmrożone ciało 13-latka.

Nad poznaniem szczegółów związanych ze sprawą mrożonego dziecka pracuje policja.

piątek, 22 stycznia 2010

W kupie raźniej


Mimo że opisane zdarzenia miały miejsce w sierpniu 2009 roku, to grupę energicznych młodzieńców udało się zatrzymać dopiero w styczniu tego roku.

Wiadomo, że w czasie wakacji, podobnie jak i w czasie deszczu dzieci się nudzą. A ponieważ trzeba zabić tę nudę, można we czwórkę pójsć do lokalu, na przykład w miejscowości Honoratka (15 kilometrów na południowy zachód od Wilczej Kłody) i tam planować dalszą zabawę.

Najlepiej, jeśli napatoczy się niepełnosprawny na wózku inwalidzkim. Wtedy można przewieźć go w ustronne miejsce, najlepiej w pobliże tamtejszego cmentarza, zrzucić z wózka, pobić i ukraść plecak z dokumentami oraz 300 złotych. Potem przez pół roku można trzymać w domu dokumenty okradzionego, co pozwoli policjantom na schwytanie sprawców. Jak również skradziony gdzie indziej telewizor oraz narkotyki.

Dzięki tym rozrywkom czterej młodzi ludzie w wieku 17 i 19 lat zapewnili sobie prawdziwe wakacje, które mogą potrwać nawet 12 lat.

Dolce vita w Szydłowcu


Co my się mamy z tym Szydłowcem... Jak tak dalej pójdzie, to informacje z tego miasta zdominują każdy wpis na tym blogu.

W mieście tym, podobnie jak w tysiącach innych, znajduje się market. 20 stycznia wszedł do niego 34-letni mieszkaniec gminy Chlewiska (sugerujemy urzędową zmianę nazwy na podobną - jaką, pozostawiamy wyobraźni Czytelników). Nie przejmując się zainstalowanymi kamerami, pobrał z półki butelkę wódki i nie płacąc, oddalił się.

Personel sklepu zawiadomił policję. Patrol odnalazł złodzieja na klatce schodowej pobliskiego bloku, gdzie w tak wykwintnych okolicznościach spożywał przywłaszczony przed chwilą alkohol.

Po ustaleniu personaliów amatora wódeczki, okazało się że był poszukiwany przez policję, ponieważ nie odpowiadał na sądowe zaproszenia do złożenia rocznej wizyty w państwowym zakładzie wypoczynkowym. Szczęśliwie, zguba się znalazła.

Ferie w Szydłowcu


Jak się okazuje, więcej miejscowości w Polsce może nosić nazwę Potworów. Zwyczajowo możnaby tak nazwać Szydłowiec. 20 stycznia kierowca daewoo lanosa musiał uciekać ze swojego prawidłowego toru jazdy, gdyż na jego drodze pojawił się inny samochód, wykonujący zastanawiające manewry.

Do zderzenia nie doszło. Za kierownicą harcującego na drodze nieznanego samochodu siedział 30-letni mieszkaniec Szydłowca (proponowana przez nas ksywa: Potwór). Przed rozpoczęciem jazdy tak intensywnie rozgrzewał się w zimowe wieczory i ranki, że osiągnął stan 3 promili.

Musiał ten stan pielęgnować ze znawstwem, bo kilka dni wcześniej, w niedzielę 17 stycznia również został zatrzymany przez policję, legitymując się o wiele słabszym wynikiem, który wyniósł 0,8 promila.

W ten sposób zapewnił sobie nawet dwa kolejne lata rozważań o sposobach rozgrzewania się zimą. Niestety, raczej na trzeźwo.

Potworowy kierowca


Z czym może się kojarzyć nazwa Potworów? Na pewno nie ma tam zamku Drakuli ani nawet siedziby rodziny Adamsów. Ale wnikliwy poszukiwacz ciekawostek turystycznych na pewno znajdzie coś dla siebie. 21 stycznia o dziewiątej rano w tej miejscowości, leżącej 7 kilometrów na południowy wschód od Klwowa, policja zatrzymała iveco kierowane najwidoczniej przez kuzyna wyżej wymienionych.

Podczas tzw. rutynowej kontroli wyszło na jaw, że kierowca ma we krwi 0,24 miligrama alkoholu we krwi. Czytelnikom pozostawiamy przyjemność przeliczenia na promile (prawidłowa odpowiedź na końcu tekstu). Najprawdopodobniej kierujący iveco od listopada 2009 roku zalewał smutki po niezdanym wtedy egzaminie na prawo jazdy.

Zawiłości tego zagadnienia będzie miał okazję szeroko i barwnie wytłumaczyć przed sądem.

Odpowiedź brzmi: 0,24 mg=0,5 promila.

Ten blog nie kłamie.

Zabawa w doktora

Lekarz to zawód, który cieszy się szacunkiem i zaufaniem. Zwłaszcza w mniejszych miejscowosciach. Z takiego założenia wyszła pewna nieznana bliżej blondynka. 21 stycznia złożyła wizytę wiekowemu panu w Radestowie (10 km na północny wschód od Ruskiego Brodu). Odwrotnie, niż bywa to w zabawie w doktora, to pani zaproponowała panu badanie lekarskie. Nie wiadomo, co się działo podczas tej zabawy. Jednak po wyjsciu doktor Blond, staruszek stwierdził brak 11 tysięcy złotych, które schował w szafce z bielizną.

Widocznie do ostatniej chwili nie wierzył informacjom podawanym w mediach, że prywatne badania lekarskie z wizytą w domu, nawet nieprawdziwe, są bardzo drogie.

wtorek, 19 stycznia 2010

Podlaski sen

Radzyń Podlaski powinien zostać uzdrowiskiem. Już wyjasniamy dlaczego. Otóż tamtejsi mieszkańcy mają tak mocny sen, że z ich mieszkań znikają pralki. Taka przygoda zdarzyła się jednemu z mieszkańców tego podlaskiego miasteczka.

Kiedy wstał rano, zobaczył, a raczej nie zobaczył w swojej łazience pralki. Spioch wykazał się jednak przytmonoscia umysłu i natychmiast zawiadomił organa scigania. Sledczy uwinęli się z robotą i już następnego dnia schwytali złodziei. Byli to trzej młodzi ludzie, również mieszkańcy Radzynia Podlaskiego.

Postulujemy, aby Radzyń Podlaski ogłosić kurortem, który każdego może wyleczyć z bezsennosci! Nawet za cenę pralki.

Zwierz ze Zgierza

Maryla Rodowicz, w utworze muzycznym Zwierz ze Zgierza onegdaj spiewała tak:

Zwierz to niezwykły zwierz osobliwy
(...)
Ma dwa ogony kanciastą głowę
A w niej otwory cztery gębowe


Jak można przypuszczać, tak mogło wyglądać pięć osób z tego podłódzkiego miasteczka. Mimo, że nie wspomina o tym ani "National Geographic", ani magazyn "Nature", takie stworzenia mogą również żywić się glikolem.

Mogą, choć nie powinny. W niedzielę 17 stycznia cała piątka przystąpiła do spożywania glikolu, który według informacji producenta, przeznaczony jest do ogrzewania budynków.

Na efekty przyjmowania tego produktu nie trzeba było długo czekać. Po wypiciu około 3 litrów płynu trzy osoby zmarły, a dwie dostarczyły wyczerpujacej pracy lekarzom ze szpitalnego oddziału toksykologii.

Niebawem pogotowie ratunkowe zostało ponownie wezwane do tej samej wsi pod Zgierzem. Zgłoszenie dotyczyło dwóch kolejnych osób, które również wypiły glikol, pochodzący z tego samego źródła. I równiez zmarły.

Prosit!

Getaway in Wolsztyn


Jeśli, Drogi Czytelniku, do tej pory myślałeś, że Wolsztyn może kojarzyć się tylko i wyłącznie z muzeum parowozów, to jesteś w grubym błędzie.

15 stycznia zapadnie na długo w pamięci historyków tego parowozowego miasteczka. Wtedy właśnie, późnym wieczorem, policjanci postanowili skontrolować VW Caddy'ego, który poruszał się ulicami miasteczka. Ich uwagę przykuły nieważne niemieckie wyjazdowe tablice rejestracyjne.

Mimo prób zatrzymania samochodu, kierowca przyspieszył i rozpoczął brawurową ucieczkę w kierunku Starego Widzimia. W pewnym momencie stracił panowanie nad wozem i wbił się zaspę. Porzucił samochód i dalej uciekał pieszo. Został jednak zatrzymany.

Jak na mrożącą krew w żylakach historię przystało, opisane wydarzenia były tylko czubkiem góry lodowej. Kiedy policjanci przystąpili do rutynowych czynności związanych z zatrzymaniem, 23-letni kierowca Volkswagena zaproponował stróżom prawa pięć tysięcy złotych łapówki. To jednak nie wywołało ich entuzjazmu. Wobec tego kwota została podwyższona, również bez rezultatu.

Finał sprawy mógł zaskoczyć policjantów, bo okazało się, że:
a) zatrzymany samochód został skradziony w Niemczech,
b) kierowca miał przy sobie 12 tysięcy złotych oraz telefony komórkowe,
c) narkotyki,
d) kierowca sam był pod wpływem narkotyków.

W ten sposób przedsiębiorczy szofer zapewnił sobie nawet dziesięć lat wakacji na koszt Skarbu Państwa.

Dwóch ich było, ale maluch jeden


Najwyraźniej system promocji Siemiatycz i okolic kuleje. O to, aby ten malowniczy rejon został rozreklamowany, zadbało 17 stycznia dwóch młodych mieszkańców Boratyńca Ruskiego (4 km na południe od Bacików Bliższych).

Było około pierwszej w nocy, kiedy policyjny patrol zatrzymał do kontroli pojazd marki fiat 126p, prowadzony przez 19-latka. Tradycyjne badanie za pomocą alkomatu wykazało, że ma on 0,7 promila, ale za to nie posiada uprawnień do kierowania pojazdami.

Upłynęły zaledwie dwie godziny, kiedy ci sami policjanci zatrzymali znanego już im malucha. Kiedy stróże prawa chcieli przystąpić do kontroli, jego 21-letni kierowca rzucił się do ucieczki. Po zatrzymaniu i badaniu alkomatem, wyszło na jaw, że drugi kierowca ma również 0,7 promila oraz zakaz prowadzenia pojazdów.

O podwójnym użyciu jednego malucha poinformowała podlaska policja.

Przedszkolne krezusy


Nie od dziś wiadomo, ze przedszkolaki są przy kasie. Rodzice, babcie, wujkowie przy każdej możliwej okazji wtykają w dziecięce rączki banknoty o różnych nominałach. Ponieważ milusińscy nie mają jeszcze wygórowanych potrzeb, sumy jakie są w ich posiadaniu rosną w zastraszającym tempie.

Właśnie w taki logiczny sposób rozumowały pewne osoby, które postanowiły sprawdzić czy na pewno jest to prawdą. Udali się w tym celu do jednego z przedszkoli w Jędrzejowie. Ponieważ placówka była akurat nieczynna, wyważyli okno, weszli do środka i dokonali systematycznej penetracji pomieszczeń. Szybko okazało się, że maluchy dysponują nie byle jaką gotówką, bo aż czterema tysiącami złotych. Goście zabrali ze sobą pieniądze i oddalili się w nieznanym kierunku.

Prawdopodobnie chcieli upewnić się, czy nie są to tylko dziecięce rysunki.

Sama prawda

Kanalizacji mówimy stanowcze nie!

Kanalizacja - jak wiadomo - powoduje same problemy. Trzeba zrobić plany, co zajmuje cenny czas inżynierów. Należy wykonać wykopy, które powodują utrudnienia w ruchu. Do kopania należy zatrudnić firmę, która się tym zajmuje, a co gorsza - zapłacić. Rury odprowadzają nieczystosci zazwyczaj do oczyszczalni scieków, którą trzeba zbudować. Jak widać - nie jest to praktyczne.

W protescie przeciwko kanalizacji, grupa obywateli podjęła poważną oddolną inicjatywę usunięcia niektórych elementów związanych z tym niepotrzebnym systemem. W miejscowosci Grzybowa Góra (5 km na południe od Kierza Niedźwiedziego i Zbijowa Dużego) zniknęło dziesięć pokryw studzienek kanalizacyjnych.

Policjanci uważają, że to była robota złomiarzy. Nie wolno jednak tak surowo oceniać społecznego przedsięwzięcia. Należy przypuszczać, że zniknięcie pokryw było manifestacją niechęci do niepraktycznej i drogiej kanalizacji.

Stwierdzenie, że pokrywy warte były około dwóch tysięcy złotych stawia protestujących w złym swietle. Nie można tak stawiać sprawy.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Łopata - reaktywacja

Mieszkańcy miejscowości Końskie nie mają łatwego życia. Wystarczy zaparkować gdziekolwiek samochód, aby po powrocie stwierdzić, że został uszkodzony za pomocą łopaty. To nie pierwszy na tym blogu przypadek nowatorskiego zastosowania tego praktycznego narzędzia.

W koneckim przypadku rozbita została tylna szyba samochodu. Być może pewnych poszlak dostarczy informacja, że rzecz działa się w okolicach jednej z lokalnych dyskotek. Wygląda na to, że sztachetę trudno wyciągnąć ze zmarzniętej ziemi.

Okrągła, szósta rocznica

Mało kto pamięta już, co działo się sześć lat temu. Nie ma się co dziwić, tyle rzeczy wydarzyło się przez ten czas. Na szczęście o niektórych sprawach trzeba wspominać co pewien czas.

Przypomnijmy zatem: w 2004 roku Komenda Główna Policji ogłosiła przetarg na zakup samochodów terenowych. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli bowiem chcemy, żeby stróże prawa działali efektywnie, muszą korzystać ze sprawnych i niezawodnych samochodów.

Jak się jednak okazuje, autorzy specyfikacji przetargu popełnili istotny błąd. Zaznaczyli bowiem, że samochód, nie dość, że ma być terenowy, to jeszcze tani w użytkowaniu, pakowny i - co więcej - sprawdzać się w każdych warunkach.

Gdyby już wtedy Komenda Główna dysponowała komputerami podłączonymi do internetu i potrafiła obsłużyć jakąkolwiek wyszukiwarkę internetową, jej pracownicy działu logistycznego mogliby się dowiedzieć, że trzy wymienione cechy nie idą w parze. Jak można przypuszczać, zapytanie o poradę dowolnie wybranego mechanika również nie wchodziło w rachubę.

Tak zwana specyfikacja istotnych warunków zamówienia została napisana w taki sposób, aby przetargu przypadkiem nie mogły wygrać byle jakie firmy, które nigdy nie odnosiły sukcesów w produkcji pojazdów terenowych. W ten sposób policyjny przetarg wygrała firma Damis, która za 6,5 miliona złotych zaoferowała 105 radiowozów uznanej i szanowanej na całym świecie marki samochodowej pochodzącej z Rumunii - Aro.

Zanim jeszcze nowe samochody zjechały z lawet, którymi je dostarczono, wszyscy mogli przekonać się o wysokiej jakości dostarczonych pojazdów. Do największych zalet należały między innymi: skorodowana podłoga, tłumiki, które można było zostawić na drodze, podobnie jak uszczelki. O takich szczegółach jak niedziałające przełączniki nie ma co wspominać.

Wśród drugoplanowych zalet policyjnych Aro wymienia się także niemożność wejścia do wnętrza kierowcy, który miał więcej niż 180 cm wzrostu. To akurat nie powinno nikogo dziwić, bo wiadomo, że - jak sama nazwa wskazuje - w policji pracują policjanci, a nie koszykarze.

Wytrzymałe i niezawodne wozy renomowanej rumuńskiej marki byly tak potrzebne policjantom, że przyjmowano je na stan posiadania jednostek, nawet gdy nie miały policyjnego wyposażenia, a nawet silnika.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji nikt nie podejrzewał pracowników policji o to, że przetarg może być ustawiony. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jacyś upierdliwi śledczy, którzy wywęszyli jakieś nieprawidłowości.

Osoby, które zostały oskarżone o nadużycia nie przyznają się do winy. I można zrozumieć to stanowisko - przecież dołożyły wszelkich starań do tego, żeby polska Policja miała do dyspozycji najnowszy i niezawodny sprzęt do działań w terenie.

Osoby te nie są już pracownikami policji. Zmieniły pracodawcę i teraz już u kogo innego nie szczędzą sił, wiedzy i doświadczenia w doprowadzeniu kolejnych firm do następnych nieszablonowych sukcesów.

piątek, 15 stycznia 2010

Prywatny crash-test


Wiadomo, że doświadczenia przybywa z wiekiem. Jeśli ktoś dożyje 48 lat, to można przypuszczać, że bagaż doświadczeń życiowych pozwoli mu rozsądnie kierować swoim postępowaniem. Że jest konkretnym, solidnym człowiekiem.

Jest to prawdą tylko częściowo. W przypadku kierowcy poruszającego się 13 stycznia 2010 roku peugeotem po ulicach Przysuchy, było nieco inaczej. Solidność w przypadku 48-letniego mężczyzny polegała na tym, że udało mu się stracić kontrolę nad samochodem i uderzyć w betonowy mur, ścinając przy tym słupek. Zdarzenie miało miejsce około godziny 14.45.

Czynności, do których przystąpili przybyli na miejsce wypadku policjanci, wykazały, że w wyniku odpowiedzialnego i popartego wiekiem postępowania, kierowcy peugeota udało się osiągnąć 2,5 promila alkoholu. Efektem takiego promilażu był wspomniany, wykonany własnym sumptem, crash-test.

Gdybys nie wierzył, Drogi Czytelniku

czwartek, 14 stycznia 2010

Kierowca niepotrzebny


A w Głogowie Małopolskim mają samochody, które same jeżdżą. Mają tylko jedną wadę konstrukcyjną - dachują w rowach. Taki wypadek przydarzył się czterem mężczyznom, którzy 13 stycznia jechali oplem.

Po przybyciu policji, zostali przebadani alkomatem, który wykazał, że wszyscy mieli od jednego do dwóch promili alkoholu, ale żaden nie miał przy sobie prawa jazdy. Żaden z nich nie przyznał się też do prowadzenia samochodu. Najprawdopodobniej zatem wóz jechał sam.

Jak się jednak okazuje, nie tylko na Podkarpaciu dostępne są już pojazdy mechaniczne, niewymagające kierowcy. Kilka dni wcześniej - 10 stycznia, na ślad takiego samochodu, również opla, trafili policjanci w Buczku (woj. łódzkie). Zatrzymali do rutynowej kontroli astrę. Zanim podeszli do wozu, wysiadły z niego cztery osoby. Podobnie jak w poprzednim przypadku, nikt nie chciał przyznać się do tego, że prowadził samochód. Tak samo nikt nie chciał przyznać się do narkotyków znalezionych w wozie.

Alkomat wskazał u wszystkich pasażerów od 0,3 do 0,8 promila.

Łopata Gorzyce

Był taki czas, kiedy Gorzyce słynęły z produkcji tłoków do różnych pojazdów. Można było zamówić tłoki do Syreny, przedwojennego Mathisa albo do Stara 20. Niestety, ta szlachetna tradycja zaginęła, a wytwórnia pracuje jedynie na potrzeby koncernów motoryzacyjnych.

Obecnie, u progu XXI wieku, Gorzyce zasłynęły z czegoś zupełnie innego, chociaż również wykonanego z metalu. Od 13 stycznia wiodącymi elementami w Gorzycach są klucz francuski i łopata. Takie rekwizyty zostały bowiem użyte podczas bijatyki dwóch kuzynów. Byli to ludzie dojrzali i doświadczeni życiem. Mieli 47 oraz 42 lata. Dlatego też użyto tak wysublimowanych narzędzi. Najpierw jeden uderzył drugiego kluczem francuskim w twarz. W Twarz? Tak. A potem poprawił łopatą w plecy.

Napastnik został zatrzymany przez policję. Za takie ćwiczenia gimnastyczne, agresor może trafić nawet na pięć lat do jednego z ośrodków wypoczynkowych, które znajdują się na terenie całego kraju.

Wizyta w Domu Dziecka

Niestety, nie chodzi o dobroczynność dla osieroconych dzieci. Chyba, że w dość ekscentryczny sposób zrozumieli ją dwaj młodzi ludzie.

Złożyli wizytę na terenie Domu Dziecka w Strzegowie, gmina Grodków. Tak im się miło rozmawiało z pracownikami, że zostali wyrzuceni na zewnątrz. Zanim jednak opuścili teren placówki, postarali się o to, żeby wszyscy dobrze ich wspominali. Porzucając wrodzoną skromność, przystąpili do niszczenia samochodu zaparkowanego na terenie Domu Dziecka, a potem zerwali godło i tabliczkę informacyjną z budynku.

Jak nietrudno zgadnąć, na miejsce została wezwana policja, która zatrzymała obydwu mężczyzn. Byli oczywiście pijani, lecz niestety, annały milczą o promilażu. Teraz nawet przez pięć lat będą mogli wspominać tę wizytę.

Królewna na ratuszu

Na pewno nieraz zastanawialiście się, do czego służy ratusz. No bo co? Stoi w środku miasta, często zajmuje miejsce na rynku, a na dodatek to zazwyczaj jakiś stary budynek wzniesiony kilkaset lat temu. W Głubczycach jest akurat nowy, tylko wygląda jak stary. Został odbudowany w 2008 roku.

Odpowiedzi na powyższe palące pytanie i to całkiem precyzyjnej, udzieliła młodzież głubczycka, która nieznaną ręką napisała na elewacji siedziby władz miejskich: Gdy mówię wyglądasz ślicznie jak królewna to wtedy przewasznie myślę kiedy kurwa ściągniesz majtki (pisownia oryginalna). Do tego służy ratusz.

Służy również do tego, żeby w podcieniach wieczorami urządzać libacje alkoholowe i po to, żeby od rana walały się tam butelki po alkoholu.

Jednym z możliwych rozwiązań jest zainstalowanie monitoringu, może powiedzieć jakiś rezolutny moralista. Oczywiście, w mieście jest monitoring, ale na szczęście kamery są skierowane w zupełnie inne strony. Aby uprzedzić Wasze ewentualne reakcje i telefony do Głubczyc, informujemy: władze Głubczyc już wiedzą o tej sprawie. Właśnie myślą, co z tym zrobić.

1 tynf=1500 złotych

Śmiech to zdrowie, jak mówi znane porzekadło. Jednak 13 stycznia śmiech zamarł na ustach 22-letniego mieszkańca Kluczborka. Doszło do tego w zagmatwany sposób: najpierw przekonał swego ojca, że został potrącony przez radiowóz, który po wypadku nie zatrzymał się. Kiedy ojciec zadzwonił z awanturą na komisariat, policjanci wzięli młodego w obroty. Ten starał się być wiarygodny, podał nawet numery rejestracyjne radiowozów. Okazało się, że są prawdziwe, ale żaden z pojazdów nie przebywał tego dnia w rejonie wypadku.

W końcu, żeby już nie trzymać policjantów w napięciu, 22-latek klepnął się w uda i wybuchnął śmiechem, mówiąc że to był tylko żart. No co, policja nie zna się na żartach? Niestety nie. Śmiech zamarł kluczborkowianinowi na ustach. Policjanci nie tylko nie chcieli go wypuścić, ale na dodatek przeprowadzili kontrolę trzeźwości, która wykazała niezbicie 0,42 promila alkoholu, a w nagrodę za nieśmieszny żart, młody człowiek będzie odpowiadał przed sądem grodzkim. Za ten przezabawny dowcip grozi mu kara aresztu albo grzywny w niewygórowanej wysokości do 1500 złotych. Dobry żart tynfa wart, no nie?

Radomszczański promilaż


W gwarze sportowej mówi się "faworyt". Inni używają słowa "pewniak". Takich określeń można użyć również w przypadku Radomska. To tam kilkanaście lat temu na murze okalającym fabrykę mebli widniał napis reklamowy głoszący: Na krzesłach z Radomska siedzi cały świat.

Warto, aby cały świat dowiedział się też o innych sprawach związanych z tym miastem.

Pierwsza z nich dotyczy pewnego 44-latka, który 7 stycznia rozpoczął gwałtowną wymianę zdań z współlokatorami w domu przy ulicy Brzeźnickiej. Ponieważ nie dał sobie wyłączyć fonii, wezwano policję, która zaprosiła go - nie bez kłopotów - na najbliższą komendę. Tam dokonano rutynowego badania alkomatem, który wykazał 5,6 promila alkoholu we krwi. Ponieważ lekarze obawiali się o jego życie, postanowili, żeby spędził nieco czasu w świeżej, wykrochmalonej pościeli szpitalnej.

Druga sprawa, a właściwie zajście, taka trochę przygoda, przydarzyła się 27-letniemu mężczyźnie mieszkającemu w gminie Masłowice, powiat Radomsko. 10 stycznia, o drugiej w nocy jechał VW Golfem przez miejscowość Góry Mokre (10 km na południe od Wygwizdowa), kiedy jak z pod ziemi wyrósł policyjny radiowóz. Co gorsza, policjanci próbowali zatrzymać golfa do kontroli. Kierowca rzucił się do ucieczki. Najpierw wozem, następnie już normalnie, na nogach. Jego sportowe wysiłki spełzły na niczym - został zatrzymany. Badanie wykazało 0,8 promila.

I na tym właściwie cała historia mogłaby się zakończyć, ale zatrzymany dopisał inny epilog. Kiedy dowiedział się, że został zatrzymany i trafi przed oblicze Temidy, zaproponował policjantom pięć tysięcy złotych łapówki. Mimo, że zarobki stróżów prawa nie są zbyt wysokie, dwóch panów sierżantów odrzuciło tę propozycję i troskliwie odwiozło kierowcę Golfa do aresztu.

Koła w ruch, trakcja buch!

Ostrów Mazowiecka i Szulborze Wielkie. Te nazwy mazowieckich miejscowości należy zapamiętać. Przebiega tamtędy mocarstwowa (czyt. międzynarodowa) linia kolejowa Warszawa-Białystok.

Jak powszechnie wiadomo, jest to linia zelektryfikowana. A gdzie prąd, tam musi być trakcja kolejowa, czyli przewody. Dla wielu osób jest to bardzo ważna sprawa. Dzięki trakcji, tysiące ludzi mogą przemieszczać się nie tylko pomiędzy miastami, krajami, ale nawet pomiędzy kontynentami. Wszak niedaleko od granicy naszego państwa leży egzotyczny kontynent - Azja.

Powróćmy jednak na nasze mazowieckie podwórko. Są tacy - to nie żart - dla których trakcja jest ważna, ale z zupełnie innego powodu. Miedź, z której są wykonane kable jest wciąż w cenie. Najłatwiej taką trakcję ukraść i oddać do skupu metali kolorowych tak, żeby nie dowiedział się nikt.

Kradzież miała miejsce w wyżej wspomnianej miejscowości Szulborze Wielkie. Grupa mężczyzn została zatrzymana w momencie, kiedy po rozbiciu transformatorów, przystępowali do zabawy takimi zabawkami jak nożyce do cięcia drutu, aby zdobyć kilkaset metrów miedzianego przewodu.

Panowie, na codzień mieszkańcy Zabrza, poruszali się dwoma samochodami, które nie były przerejestrowane na obecnych właścicieli, co miało utrudnić identyfikację złoczyńców. Amatorzy miedzi nie zdążyli jednak skorzystać ze swoich czterech kółek, bo zostali unieruchomieni przez stróżów prawa.

Miłośnicy przewodów kolejowych są podejrzewani o to, że uwolnili PKP od tzw. trakcji napowietrznej również na innych mazowieckich trasach kolejowych.

Nietrudno sobie wyobrazić, jakich atrakcji mogli dostarczyć podróżnym złodzieje trakcji: wielogodzinny postój w szczerym polu, możliwość podziwiania intrygującego krajobrazu Mazowsza, liczne spóźnienia, odmrożenia, narzekania i złorzeczenia. Na szczęście policja w trosce o obywateli, nie dopuściła do tego.

Pozostańmy na chwilę przy kolei. Na najwyższe uznanie zasługuje fakt, że przestępcy nie zdecydowali się, aby ukraść trakcję kolejową na doświadczonym przez mrozy odcinku Warszawa-Kraków. Dzięki temu, wszelkie kłopoty związane z tą trasą można spokojnie zrzucić na barki PKP.

Do sklepu? Nigdy!

Czasami aż nie chce się wychodzić z domu. Nie dlatego, że za oknem szaleje zima. Z zupełnie innych powodów. Aby wyjsć z domu, należy założyć kurtkę i mieć zegarek, żeby wiedzieć, o której wrócić.

W Strzegomiu dwaj panowie zapragnęli wejsć w posiadanie własnie kurtki i zegarka. Nie wpadli na to, ze można te przedmioty całkiem niedrogo kupić w sklepie. Aby je mieć, o wiele łatwiej napasć na kogos na ulicy, pobić go i skopać. Tak zrobili z napotkanym 25-latkiem.

Powiadomieni policjanci szybko zatrzymali napastników. Obydwaj byli pijani. Wolny czas spędzają w ciepłym areszcie, gdzie kurtka nie jest im potrzebna. Zegarek tak samo, bo to nie oni zadecydują, kiedy opuszczą policyjny przybytek.

W ten sposób mogą liczyć nawet na 12 lat w jednym z państwowych osrodków wypoczynkowych. A wystarczyło pójsć do sklepu...

Sama prawda

środa, 13 stycznia 2010

Tradycyjny polski kulig

Mimo, że zima trzyma w mroźnych kleszczach cały kraj, społeczeństwo jak może stara się umilić sobie długie zimowe miesiące. Nic nie dostarcza takich wrażeń jak tradycyjny kulig.

Jeden z nich odbył się 10 stycznia w Gierałtowicach. Zorganizował go, ku uciesze dzieci, pewien mężczyzna. Przyczepił do traktora sanki, na nich posadził swoje pociechy i ruszył zasnieżoną, aby poczuć sannę.

Pędzący ze znaczną prędkoscią kulig zauważył gliwicki policjant po służbie. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zobaczył, że jedne z sanek wywróciły się i jedno z dzieci spadło. Traktor pomknął dalej. Ciągnik dopiero po chwili powrócił po zgubę. Policjant chciał zatrzymać traktorzystę, ponieważ podejrzewał, że jest on pod wpływem alkoholu. Wtedy kierowca próbował uciekać, jednak został zatrzymany. Po przybyciu na miejsce patrolu policji i dokonaniu badania alkomatem, potwierdziły się podejrzenia policjanta. Traktorzysta tak zapamiętale rozgrzał się przed zabawą z dziećmi, że osiągnął ponad dwa promile.

Masz wątpliwosci?

Zakup niekontrolowany


Próbował dokonać go w Grójcu pewien mężczyzna. W tym celu z jednego ze sklepów pobrał cztery flaszki drogiego alkoholu. Ale nie udało mu się wyjść na zewnątrz. Najpierw został zatrzymany przez pracowników sklepu, a następnie przez policję. Dziwne zachowanie niedoszłego złodzieja sprawiło, że przedstawiciele władzy przebadali go narkomatem. Okazało się, że przed wyprawą na niekontrolowane zakupy, przyjął działkę heroiny. Lokalny heros powinien liczyć się z urzędowym skierowaniem na trzyletni pobyt wypoczynkowy.

Sama prawda i tylko prawda.

Sssssss... ssssskrzynka!

Można pomysleć, że w czasach, kiedy e-mail jest jednym z podstawowych srodków komunikacji, nikt już nie posługuje się tradycyjnymi listami. Nieprawda. Zależy tylko jak chce się z nich skorzystać. Pewien kierowca z zachodniopomorskiego postanowił sprawdzić, czy tradycyjna poczta ma się dobrze. W tym celu wjechał swoim Volvo w przydrożne skrzynki pocztowe. Niestety, nie miał siły dokończyć inspekcji. Policja, która przyjechała na miejsce zdarzenia, sprawdziła, że 60-letni kierowca miał 2 promile.

Na Mazury, Mazury, Mazury...

...popływać tą łajbą z tektury? Skądże, przecież jest zima!

Zresztą miejscowi mieszkańcy rzadko uprawiają ten szlachetny sport, jakim jest żeglarstwo. Zamiast tego, jeden z nich włamał się bladym switem 12 stycznia do sklepu spoż.-przem. w miejscowosci Korsze. Wywalił szybę i dobrał się do wędlin i papierosów. W ten sposób próbował zaoszczędzić niebagatelną sumę 1100 złotych. Na tyle wycenił straty własciciel sklepu.

Jak pamiętamy, w czasach komuny zarówno mięsiwo, jak i używki tytoniowe były prawdziwym rarytasem. Zapewne dlatego te produkty padły łupem włamywacza. To jednak dziwne, bo miał on 26 lat. Teoretycznie nie powinien pamiętać tamtych trudnych czasów. Być może uważnie słuchał gawędzeń babuni.

Złodziej miał jednak pecha. Już następnego dnia po włamaniu, został zatrzymany przez dzielnicowego, kiedy paradował z torbą wypełnioną fantami pochodzącymi z kradzieży. W areszcie będzie mógł pomysleć o smaku podwawelskiej i Fajrantów. Niewykluczone, że będzie to robił przez kolejne pięć lat w państwowym zakładzie wypoczynkowym.

To szczera prawda.

A może by tak mój miły, pojechać na dzień do Międzyrzeca Podlaskiego...?

Ale po co? Jak to po co? Jeszcze się pytasz? Żeby szybko się wzbogacić. Ale nie na automatach, tylko dokonując brawurowej kradzieży stulecia.

Takiego wyczynu postanowił dokonać pewien delikwent, który myslał, że Vabank jest filmem instruktażowym. Opracował misterny plan skoku na punkt kasowy pewnego banku. Najpierw włamał się do mieszkania, zamieszkałego przez 89-letniego staruszka, nawkładał mu kijem, związał go, po czym zapytał, za którą scianą znajduje się bank. Kiedy dostał odpowiedź, wykuł dziurę w scianie. Kiedy przez nią przelazł, zobaczył, że guzik dostanie. Dosłownie, ponieważ za scianą znajdowała się pasmanteria.

Nie zraził się tym za bardzo i zaczął kuć w drugiej scianie. Niestety, zaczęły go opuszczać siły. Spróbował więc sięgnąć ręką przez okno do banku, chyba sądził, że pieniądze trzymane są na parapecie. W ten sposób włączył alarm, który zawiadomił policję. Kiedy funkcjonariusze przybyli na miejsce, usłyszeli wołanie o pomoc. Znaleźli staruszka i rozbite sciany. Złodziej zniknął, zabierając starszemu panu pięć dych i komórę.

Cwanego przestępcę udało się schwytać dopiero po stworzeniu specjalnej grupy sledczej. Jak to bywa w takich przypadkach, zatrzymanemu może przysługiwać nawet do 12 lat wakacji w Iławie, Wałczu albo Wronkach.

Indiana Jones-Kowalski



(Informacja własna)
Nie trzeba isć w slady Indiany Jonesa i jechać w odległe, egzotyczne kraje, aby przeżyć mrożącą krew żyłach przygodę. Wystarczy udać się w kilka miejsc w samym centrum Warszawy. Tam, niczym w lodowym labiryncie, czyhają na przechodnia lodowe szpikulce oraz smieżne nawisy.

Należy oczywiscie oddać sprawiedliwosć zarządcy budynku, który ogrodził specjalną tasmą zagrozony teren. Jednak żądni przygód i adrenaliny przechodnie nic sobie nie robią z ostrzeżeń. Smiało wkraczają na zakazany teren, chcąc poczuć się jak bohater filmu przygodowego.



Cenimy ich za odwagę i chęć przeżycia przygody w miejskiej dżungli. Dziękujemy też zarządcom budynków, którzy stwarzają przechodniom darmową ekstremalną scieżkę zdrowia.

wtorek, 12 stycznia 2010

Raport na zimno



(Informacja własna)
W Warszawie, około godziny 21, na skrzyżowaniu Alei Komisji Edukacji Narodowej z boczną osiedlową uliczką, doszło do zderzenia Renault Clio z hondą. Nie są znane dokładne okoliczności kraksy.

Jedno jest pewne: obydwaj kierowcy należą zapewne do ludzi majętnych, którzy nie tylko nie liczą się z kosztami napraw rozbitych pojazdów, ale również ignorują obowiązujące przepisy.

Scenarzysta nieznany

Kto pisze najlepsze scenariusze? Vaclav Vorlicek i Milos Macourek (Arabella, Pane vyjste vdova!, Kto chce zabić Jessie?), Stanisław Bareja (m. in. Brunet wieczorowa porą), David Lynch (m. in. Miasteczko Twin Peaks)?

Otóż nie. Najlepszy scenariusz napisali dwaj nieznani męźczyźni, którzy 12 stycznia o piątej rano włamali się do mieszkania pewnego staruszka, zamieszkałego w Warszawie (nie podano szczegółów). Zagrozili mu nożem i pobili, żądając pieniędzy. W poszukiwaniu biletów Narodowego Banku Polskiego zniszczyli sprzęty w lokalu. Niestety, nie znaleźli nic. Wtedy złożyli starszemu mężczyźnie propozycję nie do odrzucenia: aby wziął 20 tysięcy kredytu. Kiedy staruszek odmówił, obcięli mu włosy i kazali zjesć. Poszkodowany zaczął krzyczeć. Wtedy napastnicy uciekli.

Niedługo potem zostali zatrzymani przez policję i jak można się domyslać, trafili do przytulnego aresztu, gdzie na pewno nie zasypie ich snieg. Będą też mogli dopracować szczegóły kolejnego scenariusza w taki sposób, aby juz w przyszłym roku sięgnąć po Oscara. A kiedy prokurator skończy się smiać przy czytaniu akt sprawy, zadecyduje, czy obaj scenarzysci przejdą na tymczasowy państwowy wikt.

12 lat i 14 dni

Krajowe służby scigania odniosły kolejny niebywały sukces!

Na warszawskim Targówku udało się zatrzymać poszukiwanego przez prokuraturę w Sławnie 57-letniego mężczyznę, który od dwunastu lat ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwosci. Miał do odsiedzenia 14 dni za to, że nie stawiał się na wezwania prokuratury.

Nie do wytrzymania!



(Informacja własna)
Jak donoszą wszystkie media, włącznie z gazetką scienną w Przedszkolu nr 358 w Sieradzewie Dolnym, atak zimy trwa. Napadła na kraj nasz i chłosta go pejczem sniegu i zimna. Jest to o tyle dziwne i godne odnotowania w serwisach informacyjnych, że mamy zimę, a tu pada snieg i jest zimno.
26 godzin na dobę paski z newsami oraz zmarznięci dziennikarze przytupują na dachach, wylotówkach albo zwyczajnie na zasniezonych ulicach chuchają do mikrofonów: pada snieg, jest zima, jest zimno. Tak, niewątpliwie jest to niebywała anomalia pogodowa!

Jest to tak niesamowite, że jak kraj długi i szeroki, mnoża się kłopoty komunikacyjne. Samochody grzęzną w sniegu, przez co drastycznie spadają przychody stacji benzynowych. Zdesperowani ludzie przesiadają się do innych srodków transportu.



Ale i tam nie jest lepiej. I tak na przykład ogromne kłopoty mają pociągi na trasie Warszawa-Gdańsk i z powrotem oraz na trasie Warszawa-Kraków i nazad. Jak powiedział niedawno specjalista związany z PKP, powodem kilkusetminutowych nawet opóźnień jest lód, który osadza się na trakcji elektrycznej i złosliwie zamarza coraz bardziej, powodując, że prąd przestaje dochodzić do pantografów.

Jak nietrudno zauważyć, kłopoty ma kolejnictwo na trasach leżących wyłącznie na osi północ-południe. Nie mówi się o problemach z pociągami na osi wschód-zachód. Najwyraźniej, punktualnie można dostać się do Siedlec, Terespolu albo Konina czy też nawet Poznania.

Z Poznania nie radzimy jednak wracać do Warszawy samolotem, gdyż ostatnio zawieszono loty do stolicy. I co ciekawe, stało się to na linii wschód-zachód. Jak to? Czyżby to był przypadek? To przecież jest bardzo podejrzane, że pociągi mają opóźnienia na trasach relacji północ-południe, a samoloty na trasach wschód-zachód! Wnikliwy czytelnik mógłby zapytać, czy kłopoty lotnicze wystepują również w przypadku przelotów na wschód od Warszawy. Ustalenie tego faktu napotkałoby poważne trudnosci, albowiem żadna linia lotnicza w kraju nie obsługuje trasy Warszawa-Siedlce, Warszawa-Mińsk Mazowiecki, Warszawa-Biała Podlaska ani nawet Warszawa-Terespol. Zapewniam Was jednak, że gdy tylko takie połączenie zostanie uruchomione, to zbadamy sprawę utrudnień lotniczych na tych trasach.

Powróćmy jednak do meritum sprawy. Mamy przecież wiele różnego rodzaju służb sledczych, które moga zająć się ta sprawą. Gorąco apeluję zatem, aby odpowiednie czynniki zbadały, dlaczego powstały takie anomalie transportowe. I kto za tym stoi.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

W lodówce jak u mamy

Warszawska Wola od dawna ma ustalona reputację. Już przed wojną znajdował się tam słynny Kercelak, czyli bazar na którym rządził niepodzielnie Tata Tasiemka. Bez jego wiedzy żadna większa transakcja nie mogła dojsć do skutku. Normalne było potknięcie się o zagięty dywan, napad dokonany przez nieznanych sprawców i tym podobne atrakcje.

Mimo, że od tamtych czasów minęło już prawie 90 lat, również dzisiaj można tam doswiadczyć emocjonujących przygód. Pewna starsza pani usłyszała nagle walnięcie w drzwi do mieszkania. Kiedy wyszła na klatkę schodową, zobaczyła 20-letniego sąsiada, który rzucił się na nią z gazrurką, mimo że to nie pora na halloweenowe przedstawienia. Na zamieszanie zareagowała sąsiadka. Wyszła z mieszkania sprawdzić, co się dzieje. Aby uwiarygodnić swoją osobę, energiczny sąsiad zrezygnował z użycia gazrurki i postanowił posłużyć się gazem łzawiącym, po czym powrócił do swojego mieszkania.

Na miejsce zdarzenia została wezwana policja, która natychmiast udała się pod adres, wskazany przez starsze panie. Mimo, że przebywali tam inni domownicy, to napastnik zniknął. Okazało się, że nie do końca. Postanowił najwyraźniej pójsć w slady piwa i wołowego bez kosci, bo schował się w lodówce. Kiedy policjanci otwierali lodówkę, młody człowiek odegrał scenę finałową czyli z nożem rzucił się na funkcjonariuszy.

Został rzecz jasna uspokojony przez policję i trafił w goscinę na komendę.

PS. W dalszym ciągu litera "si" nie występuje.