Mało kto pamięta już, co działo się sześć lat temu. Nie ma się co dziwić, tyle rzeczy wydarzyło się przez ten czas. Na szczęście o niektórych sprawach trzeba wspominać co pewien czas.
Przypomnijmy zatem: w 2004 roku Komenda Główna Policji ogłosiła przetarg na zakup samochodów terenowych. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli bowiem chcemy, żeby stróże prawa działali efektywnie, muszą korzystać ze sprawnych i niezawodnych samochodów.
Jak się jednak okazuje, autorzy specyfikacji przetargu popełnili istotny błąd. Zaznaczyli bowiem, że samochód, nie dość, że ma być terenowy, to jeszcze tani w użytkowaniu, pakowny i - co więcej - sprawdzać się w każdych warunkach.
Gdyby już wtedy Komenda Główna dysponowała komputerami podłączonymi do internetu i potrafiła obsłużyć jakąkolwiek wyszukiwarkę internetową, jej pracownicy działu logistycznego mogliby się dowiedzieć, że trzy wymienione cechy nie idą w parze. Jak można przypuszczać, zapytanie o poradę dowolnie wybranego mechanika również nie wchodziło w rachubę.
Tak zwana specyfikacja istotnych warunków zamówienia została napisana w taki sposób, aby przetargu przypadkiem nie mogły wygrać byle jakie firmy, które nigdy nie odnosiły sukcesów w produkcji pojazdów terenowych. W ten sposób policyjny przetarg wygrała firma Damis, która za 6,5 miliona złotych zaoferowała 105 radiowozów uznanej i szanowanej na całym świecie marki samochodowej pochodzącej z Rumunii - Aro.
Zanim jeszcze nowe samochody zjechały z lawet, którymi je dostarczono, wszyscy mogli przekonać się o wysokiej jakości dostarczonych pojazdów. Do największych zalet należały między innymi: skorodowana podłoga, tłumiki, które można było zostawić na drodze, podobnie jak uszczelki. O takich szczegółach jak niedziałające przełączniki nie ma co wspominać.
Wśród drugoplanowych zalet policyjnych Aro wymienia się także niemożność wejścia do wnętrza kierowcy, który miał więcej niż 180 cm wzrostu. To akurat nie powinno nikogo dziwić, bo wiadomo, że - jak sama nazwa wskazuje - w policji pracują policjanci, a nie koszykarze.
Wytrzymałe i niezawodne wozy renomowanej rumuńskiej marki byly tak potrzebne policjantom, że przyjmowano je na stan posiadania jednostek, nawet gdy nie miały policyjnego wyposażenia, a nawet silnika.
Nic dziwnego, że w tej sytuacji nikt nie podejrzewał pracowników policji o to, że przetarg może być ustawiony. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jacyś upierdliwi śledczy, którzy wywęszyli jakieś nieprawidłowości.
Osoby, które zostały oskarżone o nadużycia nie przyznają się do winy. I można zrozumieć to stanowisko - przecież dołożyły wszelkich starań do tego, żeby polska Policja miała do dyspozycji najnowszy i niezawodny sprzęt do działań w terenie.
Osoby te nie są już pracownikami policji. Zmieniły pracodawcę i teraz już u kogo innego nie szczędzą sił, wiedzy i doświadczenia w doprowadzeniu kolejnych firm do następnych nieszablonowych sukcesów.