Ktos może mi zarzucić, że w większosci opisuję zdarzenia, które mają miejsce w małych, zapomnianych przez Boga i ludzi miejscowosciach. To nieprawda! Wcale nie mam zamiaru kompromitować prowincji. Jak wiadomo, przykład idzie z góry, dlatego też chciałbym Wam pokazać pewien budynek, który znajduje się w stołecznym miescie - Warszawie. Można go oglądać do woli przy ulicy Madalińskiego 55 na Mokotowie.

Tak wygląda fragment elewacji. Spokojnie, proszę siadać! Jak udało mi się dowiedzieć, ma on podobno pierwsze w Polsce dekoracje postmodernistyczne. Jesli tym terminem okresla się wszystko, co najgorsze w architekturze, to mogę się z ociąganiem zgodzić. Budynek najprawdopodobniej zaprojektował ktos, kto najwyraźniej ma zestaw wszystkich mozliwych wad wzroku: od bielma poczynając na astygmatyźmie skończywszy. I nigdy nie powinien mieć prawa do tego, żeby używać tytułu architekta.

Tak prezentuje się w całej okazałosci. Musicie przyznać, że jest to budowla nad wyraz intrygująca. Patrząc na nią nie sposób zadać pytania, czy ów gmach powstawał w czasie, kiedy stolarka okienna była najdroższa od czasu, kiedy ludzkosc wyszła z jaskini. Jedynym elementem, jaki znał pomysłodawca obiektu był trójkąt, jaki kiedys widział na drzwiach do toalety. I to mu się dobrze kojarzyło, bo mógł tam ulżyć swoim zmaltretowanym trzewiom.

Ale za to wnętrze musi być przebogate i wyjątkowo praktycznie zbudowane. Z klatki schodowej na przykład można wejsć od razu do toalety, a po przekroczeniu Rubikonu w postaci złotego kibla, znaleźć się w kuchni, skąd następnie trafiamy do salonu o powierzchni, dajmy na to, trzech metrów kwadratowych. Nie wiem, jak jest naprawdę wewnątrz, ale to jedyna koncepcja, która przychodzi mi do głowy, kiedy patrzę na to cos.
PS. Wrogie siły zablokowały mi "si" na klawiaturze.