czwartek, 25 lutego 2010

Samuraj story

Wiele mówi się o tym, że ludzie pod wpływem filmów i gier komputerowych tracą rozenanie co jest rzeczywistoscią, a co fikcją. Jak się okazuje, to niestety prawda.

21 lutego do jednej ze stołecznych piekarni, przy ulicy nomen omen Wesołej, z samego rana wtargnął klient. Nie był to zwykły obywatel, który przyszedł po chleb i bułki. Zamiast 4,58 zł wyciągnął zza pazuchy katanę, czyli miecz samurajski i zażądał: "Na niczym mi nie zależy, dawaj pieniądze i dzwoń po taksówkę!" Pobrał z piekarnianej kasy 90 złotych i oddalił się.

Pracownicy piekarni zawiadomili policję, która natychmiast przystąpiła do działań. Uciekinier przez kilka godzin ukrywał się w lasach i posród osiedlowej zieleni, przemieszczając się dynamicznie. Mimo swych wysiłków został zatrzymany przez stróżów prawa.

42-letni samuraj wpadł blisko swego miejsca zamieszkania. Policja skonfiskowała miecz oraz trzy dychy. Resztę pieniędzy zdążył przehulać.

środa, 24 lutego 2010

Dojść do czegoś

Jak to się kiedys mówiło, na wiesć o czyms niesamowitym: Tego jeszcze nie grali! Ale zawsze znajdzie się kto, kto zagra. Na przykład pewien 50-latek, który wmawiał kobietom, że jest onkologiem, posiadającym własną klinikę w Szwajcarii.

Jedną z nich namówił na specjalistyczną terapię. Najpierw zdiagnozował u kobiety ciężki przypadek choroby jajników, który mozna wyleczyć za pomocą drogiej i skomplikowanej operacji. Na szczęscie znał podobno alternatywną metodę leczenia, czyli specjalny stosunek płciowy. Metodę tę zastosował, a nawet pobrał za nią honorarium w wysokosci 1300 złotych.

Jak wykazało policyjne dochodzenie, mężczyzna dochodził w ten i inny sposób kilkakrotnie z innymi kobietami. Teraz jest poszukiwany przez policję, która chce aby na sali sądowej szczegółowo opisał nowatorską metodę leczenia.

wtorek, 23 lutego 2010

Alkonarko

Kiedy tak czytamy krajowe doniesienia prasowe, nachodzi nas refleksja, że nie trzeba jechać w dalekie i egzotyczne kraje, aby zachwycać się nieznaną kulturą i tajemniczymi zwyczajami.

Wystarczy pojechać do Siemiatycz. Tam, 22 lutego około godziny 17:00 miał miejsce wypadek. Fiat zderzył się z oplem astrą. Ten niemiecki samochód, kierowany przez 19-latka, mieszkańca gminy Boćki, otarł się o nadjeżdżajacego z przeciwka punciaka.

Policjanci przebadali młodego kierowcę alkomatem, który pokazał dosć niski, jak na polskie warunki, wynik. Zaledwie 0,3 promila. Ale policjantom nadal cos nie pasowało. W ruch poszedł narkotester. Okazało się, że 19-letni przedstawiciel przyszłej elity intelektualnej kraju jest pod wpływem narkotyków.

Informację podajemy za www.podlaska.policja.gov.pl

Niemieckie i japońskie

Jak się okazuje, nasze spostrzeżenia pokrywają się z wynikami badań przeprowadzonych przez portal samochodowy mobile.eu. Ich wyniki opublikował 12 lutego ogólnopolski "Dziennik Gazeta Prawna". Informacja jest już nieco przejrzała, ale z rzadka zaglądamy do dużych gazet, gdyż mamy własne, ciekawsze źródła informacji o świecie.

Wyniki nie są zaskakujące. W grudniu 2009 roku polscy internauci poszukiwali następujących marek wśród samochodów używanych:
Volkswagen - 16%
Audi - 14%
BMW - 9%
Mercedes - 7%
Opel - 6%

A teraz według modeli:
VW Passat
Audi A4
BMW 3
Audi A6
BMW 5

Zaraz za nimi znalazły się astra i vectra.

Kiedy tylko wyczerpały się możliwości niemieckich samochodów, na liście natychmiast pojawiła się Toyota, a wśród modeli - Avensis.

Jeśli chodzi o rodzaj nadwozia, to wygrywają sedany i kombi, a pod względem ilości drzwi - auta czterodrzwiowe. Mamy jedną uwagę, takie spostrzeżenie: co ci wszyscy ludzie chcą wozić i dokąd, że koniecznie muszą mieć wielodrzwiowe sedany i kombi? Czyżbyśmy byli narodem nomadów? A może musimy mieć pojemne samochody, żeby wozić setki kilogramów zakupów z marketów?

Taki ranking wiele wyjaśnia. Każdy sprowadzony niemiecki wóz należy oblać. Jak możemy z łatwością przypuszczać, oblewanie zakupionych pojazdów może trwać latami.

Szczegóły tutaj

poniedziałek, 22 lutego 2010

Wysiadaj pan!

Sceny rodem z rasowego kryminału rozegrały się 18 lutego w Bydgoszczy. O trzeciej w nocy policjanci postanowili zatrzymać podejrzanego osobnika, siedzącego w oplu corsie. Nie wiemy dokładnie, na czym polegała "podejrzanosć". Osobnik zamiast grzecznie współpracować ze stróżami porządku, wyciągnął zza pazuchy giwerę i zaczął celować w policjantów. Ci jednak nie pozostali dłużni i oddali strzały w nogi mężczyzny.

Rannego wyciągniętego z corsy i odstawiono do szpitala. W międzyczasie okazało się, że podejrzany 34-latek posługiwał się pistoletem gazowym i był samochodowym włamywaczem. Sama wiadomosć byłaby przeciętna, gdyby nie fakt, ze na robotę przyjechał kradzionym wozem alfa romeo na tablicach rejestracyjnych pochodzących ze skradzionego vw golfa.

Na dodatek włamywacz obejrzał wczesniej już pięć innych samochodów w okolicy i był poszukiwany listami gończymi.

niedziela, 21 lutego 2010

Komunikacja zastępcza



(Informacja własna)
W weekend 20-21 lutego stołeczne metro wzięło się za modernizację systemu sterowania ruchem. Czyn to jak najbardziej chwalebny, bo pasażerom będzie się jeździło jeszcze lepiej, szybciej i wygodniej.

Nie ma jednak nic za darmo. W związku z modernizacją, na odcinku pomiędzy stacjami Stokłosy-Politechnika i nazad, metro nie jeździło. Na szczęście uruchomiono komunikację zastępczą, która przewoziła pasażerów podziemnej kolejki.

Miało być mało problemowo, a wyszło jak zawsze. Najprawdopodobniej w związku z planowaną modernizacją systemu, Metro Warszawskie utraciło również komputery, drukarki i tonery oraz dostęp do programów komputerowych takich jak: Paint i Word, o starej dobrej Bannermanii nie wspominając.

Na stacji Stokłosy na przykład nie udało się wydrukować kilkunastu kartek z odpowiednią strzałką i napisem "Komunikacja zastępcza". Na szczęście pracownicy Metra Warszawskiego posiadali sprawne długopisy i flamastry oraz szczątkowe umiejętności wyniesione z lekcji plastyki, które uratowały sytuację. Nie musimy dodawać, że czytelność informacji zawartych na fotografii była mniej niż symboliczna.

Należy też dodać, że komunikacja zastępcza również funkcjonowała na poziomie symbolicznym. Wbrew optymistycznemu rozkładowi jazdy, autobusy wcale nie kursowały co cztery minuty, a poza tym były zapchane nawet w godzinach wieczornych. Na tę obłożoną linię skierowano autobusy niskopodłogowe, które jak wiadomo nadają się na pochodnie i fajerwerki, ale broń Boże, w żadnym wypadku nie można nimi wozić ludzi.

A tak w ogóle, to ludzie są sami sobie winni. Zamiast w sobotę siedzieć w domach, muszą ciągle gdzieś jeździć. Skandal!

piątek, 19 lutego 2010

Słodziak



(Informacja własna)
Za pomocą powyższego zdjęcia oficjalnie uznajemy, że samochody japońskie mają wpływ na kierowców. Nie podejmujemy się tego roztrząsać ani komentować w żaden sposób. Tym samym pozostajemy wierni następującej maksymie: jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów.

środa, 17 lutego 2010

Szybki i głupi

Wszystko wskazuje na to, że do naszych ulubionych samochodów (niemieckich) dołączą również wozy produkowane w Kraju Kwitnącej Wiśni. Oprócz wiśni od dawna kwitną tam również zwyczaje samurajskie. Na polskiej ziemi wprowadził je kilka dni temu 20-letni kierowca Toyoty Land Cruiser. Wydarzenie miało miejsce na krajowej siódemce, łączącej Warszawę z Gdańskiem, w okolicy Elbląga.

Kierowca jadący mazdą, wyprzedził Land Cruisera. To nie spodobało się kierowcy tego ostatniego wozu. Jest przecież najlepszym i najszybszym kierowcą, który obejrzał wszystkie części filmu "Szybcy i wściekli" jakieś 763 razy. Wiedział, co ma robić.

Terenówka wyprzedziła mazdę i zmusiła jej kierowcę do zatrzymania się. Wtedy z Land Cruisera wyskoczył kierowca i zaczął wygrażać półmetrową maczetą. Kierowca mazdy niewiele myśląc, zawiadomił policję.

Kiedy już 20-latek z terenówki skończył się wywnętrzać, zdjął tablice rejestracyjne z wozu, wsiadł i odjechał. Niedługo potem został zatrzymany przez elbląską policję. Był już znany stróżom prawa.

Przy okazji przypominamy, jak to jest z Elblągiem.

Gotowy scenariusz

W latach 70. niezwykle popularny stał się nurt filmów gore. Były to epatujące przemocą i okrucieństwem obrazy, przy których klasyczny horror w stylu Drakuli albo Nosferatu jest zaledwie wesolutką komedyjką. Do kanonu przerażającej kinemtografii przeszły takie tytuły jak "Cannibal Holocaust", "Cannibal Girls" albo "Zombie - The Flesh Eaters". Jednym z najbardziej znanych reżyserów był Ruggero Deodato, autor pierwszego z wymienionych obrazów.

Filmy gore powstawały w wyobraźni scenarzystów i rezyserów. Są jednak wydarzenia, które wciąż mogą inspirować twórców takiego kina. Jedno z nich miało miejsce 5 lutego w Zabrzu. W jednym z tamtejszych mieszkań 74-letni lokator doprowadził do smierci kobietę za pomoca uderzeń tepym narzędziem w głowę. Postanowił pozbyć się ciała poprzez poćwiartowanie. Pracowicie zabrał się za odcinanie ręki, ale to był zbyt drastyczny widok. Jego serce nie wytrzymało i padł rażony zawałem serca.

Po kilku dniach, jedna z sąsiadek zaniepokojona nieobecnoscią starszego pana, zawiadomiła policję. Po komisyjnym wejsciu do lokalu, stróże prawa zobaczyli zmasakrowane zwłoki kobiety i leżącego na nich trupa mężczyzny.

Panie Deodato! Zapraszamy do Zabrza!

Radio Golf FM

Jak już dobrze wiedzą Szanowni Czytelnicy naszego skromnego bloga, volkswagen golf, jako niemiecki samochód, jest zawsze podejrzany. Nie dosć, że można (a może trzeba?) go prowadzić tylko po spożyciu alkoholu, to jeszcze przyciaga złodziei.

Tak jak w nocy z 15 na 16 lutego w Gostyniu. Tym razem bogu ducha winny golf stał sobie na parkingu przy ulicy Mieszka I, kiedy niespodziewanie skradziono z niego radiomagnetofon warty 400 złotych.

To kolejny argument przemawiający za tym, że nie warto mieć golfa.

Nie wierzysz?

Pił za piły

Pewien mieszkaniec Milicza sprowadził sobie zza granicy pięć pił spalinowych. Jak niemal wszystkie urządzenia techniczne, które trafiają do naszego kraju taką drogą, były uszkodzone.

Dlatego też jesienią zeszłego roku zostały przekazane specjaliscie z Sułowa, który podjął się ich naprawy. Miał ponoć renomę miejscowej "złotej rączki". To była prawda, ale swoją złotą rączką potrafił jedynie przystawiać sobie butelkę do ust i pić z niej alkohol.

Jak się okazało, przez kilka miesięcy sprzedał cztery piły przygodnym kupcom, a za uzyskane ze sprzedaży pieniądze, kupował sobie substancję o wzorze chemicznym C2H5OH pod różną postacią.

W ten sposób 1000 złotych trafił szlag. A raczej promil.

Taka jest prawda

Ku czci Złego

Sceny niemal jak ze "Złego" rozegrały się 16 lutego wieczorem w samym centrum Warszawy. Na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Wspólnej 59-letni kierowca forda uderzył w tył radiowozu, zatrzymujacego się na swiatłach. Kiedy policjanci wysiadali ze swojego wozu, sprawca zderzenia próbował po angielsku opuscić miejsce zdarzenia. Niestety, był to czyn nierozważny.

Awanturującego się (był zapewne bez krawata) kierowcę zatrzymano i czym prędzej kazano mu dmuchnąć w alkomat. Urządzenie bez kłopotu wykazało 2,3 promila we krwi 59-latka. Dodatkowe badanie za pomocą radiostacji, wykazało że zaledwie miesiąc wczesniej zatrzymano go za ten sam czyn.

wtorek, 16 lutego 2010

Kup ból



(Informacja własna)
Telesprzedaż to potęga. Bez dwóch zdań. 15 lutego wieczorem, nasze ulubione źródło wiedzy o swiecie oferowało niesamowity towar: PAIN ZOOM. Nie podejmujemy się zgadywać, jak należy stosować to urządzenie. Możemy jedynie przypuszczać, że jest ono przeznaczone dla miłosników SM.

Gorąco na Chłodnej

W czasie każdej prognozy pogody, telewizyjne Chmurki i Wicherki powtarzają jak mantrę: najzimniej w Suwałkach. A jesli jest zimno, to trzeba się rozgrzać. 21-letni mieszkaniec Suchowoli w walentynkowy wieczór rozgrzał się tak bardzo, że przebywając na goscinnych występach w Suwałkach, o 1 w nocy zaczął kopać w szyby nieczynnego sklepu przy ulicy nomen omen Chłodnej.

Udało mu się wybić szybę. W tym momencie nadjechał policyjny radiowóz i policjanci nie musieli nawet przeprowadzać dochodzenia. Przeprowadzili tylko badanie alkomatem, które wykazało u Suchowolanina 2 promile alkoholu we krwi.

Wszystko jest tu

Szukała miłości

Rzecz wydarzyła się w walentynkowy wieczór. Policjanci z Żar otrzymali informację, że po jednej z lokalnych dróg biega koń. Wystraszone przez pędzące wokół samochody, zwierzę próbowało schować się w przydrożnym rowie.

Kiedy stróżom prawa udało się uspokoić zwierzaka, okazało się, że jest to klacz. Najprawdopodobniej uległa walentynkowemu nastrojowi i udała się na poszukiwanie miłosci. Niestety, spotkała jedynie konie mechaniczne, nieczułe na jej wdzięki.

Trwają poszukiwania własciciela końskiej zguby.

Kebab na ostro

Młodosć ma swoje prawa. Często idzie w parze z niebywałą fantazją. Tak jak w przypadku dwóch panów, którzy w nocy z 15 na 16 lutego złożyli wizytę w jednej z lubelskich kebababiarni.

Kiedy dowiedzieli się, że posiłek kosztuje 10 złotych, zrzedły im miny. Kiedy próby targowania się - co przecież jest normalne w krajach arabskich - spełzły na niczym, panowie przystąpili do wybijania szyb w lokalu, a następnie oddalili się w mrok nocy. Pracownik kebabiarni uruchomił alarm.

Ludzie-demolki nie odeszli daleko, ponieważ zostali zatrzymani przez patrol policji. Tylko dla porządku podajemy, że obaj amatorzy darmowej arabskiej kuchni odznaczali się promilami we krwi. Niestety, nie podano wartosci.

Tak było

Wybuchowe ostatki

Są w naszym kraju miłosnicy militariów. Są również, jak wiemy, miłosnicy napojów o silniejszym działaniu niż herbata. Jesli dwie takie pasje połączą się w jednym ciele, powstaje mieszanka wybuchowa.

I to dosłownie. W minione Walentynki, 39-letni mieszkaniec Choszczna tak intensywnie uczcił importowane swięto imienia patrona osób chorych psychicznie, że sięgnął (zupełnie jak Pawlaki) do bieliźniarki, w której trzymał sprawny granat z okresu II wojny swiatowej. Co więcej, zaczął obiecywać, że go zdetonuje.

Niestety, jego misterny plan legł w gruzach, gdyż niebawem zjawili się stróże prawa, którzy musieli rozbroić posiadacza broni zaczepno-obronnej. Kaliber posiadanego przez niego we krwi alkoholu wyniósł blisko 2 promile.

Posiadacz granatu będzie musiał poczekać okrągły rok, bo karnawał już się kończy, a rozpoczyna czas surowego postu.

Ostrowieckie Walentynki

Często narzeka się, że w małych miejscowościach życie kulturalne praktycznie nie istnieje. Co więcej, szkaluje się mieszkańców twierdząc, że oni sami nie chcą prowadzić żadnego życia kulturalnego. To nieprawda, że w większości szczekają na książki, od teatru uciekają jak od pożaru, a do opery chcą strzelać, bo nie wiadomo, czy ich nie wykupi, tak jak Niemcy.

To wszystko nie jest prawdą. Niech świadczy o tym wydarzenie, które miało miejsce w walentynkowy wieczór w jednej ze wsi pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Na korytarzu jednego z tamtejszych domów suszyła się bielizna. Wśród elementów odzieży intymnej znalazły się również damskie ineksprymable, znane u nas jako gacie. Nieznany sprawca przywłaszczył sobie dziesięć sztuk. Najwyraźniej nie zrobił tego, aby się wzbogacić, lecz zagrała w nim dusza artysty, która sprowokowała go do wykonania performance'u. Dziewięć par rozwiesił malowniczo na przystanku PKS, ostatnią parę pozostawił sobie na pamiątkę. Niestety nie założył na siebie, lecz trzymał je w kieszeni.

Mieszkańcy budynku z majtkami zauważyli też, że zostały uszkodzone dwa samochody zaparkowane na podwórzu. Wzburzeni mieszkańcy wezwali policję, a sami ruszyli w pogoń za artystą, który zostawił wyraźne ślady na śniegu.

Niebawem udało się zatrzymać 28-latka, który oprócz ostatniej pary majteczek miał również 1,5 promila alkoholu we krwi. I właściwie wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że za próbę włamania do samochodów może być urlopowany nawet na 10 lat. Takie to były Walentynki...

"F" jak "fajczyć"

Wśród krajowych specjalistów od motoryzacji krąży takie rewelacyjne w swojej prostocie i mądrości powiedzenie, że samochody na "F" nie nadają się do niczego. Chodzi zapewne o Fiata Forda i chyba Framo, bo więcej popularnych, ale kiepskich marek na tę literę nie znamy. No, chyba że chodzi o Ferrari i Fuldamobila.

Nie należy przy tym zapominać, że diagnozy motoryzacyjne potrafi w tym kraju stawiać każdy. Mamy przecież najlepszych kierowców na świecie: trzeźwych, zdyscyplinowanych, a ich samochody są zawsze sprawne i nigdy nie zatrzymują się bez sensu na przejazdach kolejowych.

Powróćmy jednak do naszych wybitnych domorosłych mistrzów kierownicy. Koncepcję o kiepskich własnościach trakcyjnych samochodu na "F" podzielał również 38-letni Choczanin. Pleszewska policja otrzymała wieczorem 10 lutego zgłoszenie o samochodzie, który utknął w zaspie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że fiat płonął.

Błyskawiczne dochodzenie pozwoliło poznać szczegóły tej tajemniczej sprawy. Szofer tak intensywnie starał się wyjechać z zaspy, że pojazd stanął w ogniu. Kierowca próbował ugasić go samochodową gaśnicą, jednak bez rezultatu. Kiedy w gaśnicy skończyło się gasiwo, Choczanin porzucił ją i pojazd, znikając pomiędzy zaspami.

Policjanci jednak szybko zatrzymali niefrasobliwego kierowcę, który nie miał strażackiego zacięcia ani sprawnego samochodu, ale w zamian za to miał 2,69 promila alkoholu we krwi.

I w ten sposób wiemy, że fiaty są do niczego. Nawet ugasić ich nie można.

Tradycja mocno się trzyma

W Goleniowie trwa walka. Niektórzy kierowcy niestrudzenie walczą o to, aby mogli prowadzić swoje samochody. Wyjaśniamy przy tym, że nie chodzi o walkę z zimą. Setki, a nawet tysiące szoferów, zanim usiądą za kierownicą, muszą pracowicie wychylać kolejne puchary, kieliszki, flaszki, szklanki, puszki, a być może nawet talerze pełne rozmaitych substancji, które łączy jedna rzecz: ilość wiązań atomowych oraz kilka podstawowych pierwiastków chemicznych.

Wigilia prapolskiego święta zwanego Walentynkami obfitowała w interesujące zdarzenia między innymi w Goleniowie. 28-latek kierował volkswagenem. Zanim jednak wyruszył na zimowe wstęgi szos, osiągnął zaszczytne 3,27 promila alkoholu we krwi. Musiał sobie strzelić setę albo osiem dla kurażu, bo okazało się, że już wcześniej sądowo zabroniono mu kierować pojazdami do 2013 roku. Za co? Przypuszczamy, że nie chodziło o zbyt cichą jazdę ulicą.

Ale Nędza...!

I to dosłownie. Bo właśnie w Nędzy (powiat raciborski) w czasie weekendu 6-7 lutego zatrzymano 26-letniego kierującego, który po przyjęciu znacznej ilości napojów wyskokowych mógł pochwalić się 3,5 promilami alkoholu. W tym stanie w przedziwny sposób udawało mu się utrzymywać równowagę na rowerze, którym jechał.

piątek, 12 lutego 2010

Wypoczynek na drodze

Drodzy Czytelnicy!
Jesli kiedykolwiek zdarzy Wam się zabłądzić samochodem w okolice Zwolenia, musicie uważać na tamtejszych mieszkańców, którzy mają dosć niespotykane zwyczaje. Nie napisano o tym w "National Geographic", a szkoda. Zwyczaj ten polega na wypoczywaniu w pozycji horyzontalnej na lokalnych drogach. Najwyraźniej zapomniał o tym 26-letni kierowca BMW, który przejeżdżał wieczorem 4 lutego przez Podzakrzówek. Najechał na wypoczywającego na drodze 65-letniego mężczyznę. Z wiadomym skutkiem.

Kierowco! Poruszając się po drogach w powiecie zwoleńskim, uważaj na leżących na drogach obywateli. Jednoczesnie zwracamy sie do władz o ustanowienie odpowiedniego znaku drogowego. Przecież mamy już pionowy znak drogowy (A-11a), ostrzegający przed leżącymi policjantami.

Czakram w Grójcu

Niektórzy uważają, że na krakowskim Wawelu znajduje się czakram, emanujący pozytywną energią. Przychodzą tam ludzie i stojąc przez kilkanaście minut w rogu wawelskiego dziedzińca "ładują" się dobrą energią. Niezależnie od tego, czy się w to wierzy czy nie, nikomu na pewno to nie zaszkodziło.

Jeśli istnieje miejsce wydzielające dobra energię, to musi być też gdzieś w Polsce miejsce, które emituje inną, niekoniecznie pozytywną energię. Wszak zło i dobro przeplatają się w nieustannej walce.

Śledząc doniesienia prasowe, można wysnuć przypuszczenie, że miejscem, z którego wydzielana jest ta druga energia, mogą być okolice Grójca. Żeby nie było, ze nasze enuncjacje są bezpodstawne, przytaczamy kilka przykładów. Tak na marginesie, zastanawiamy się czy na całą tę sytuacje mają również wpływ niemieckie samochody.

8 lutego, około godziny 20:30 na ulicy nomen omen Grójeckiej w Warce zatrzymano do kontroli malucha. Od jego kierowcy policjanci wyczuli zapach znanej substancji chemicznej (C2H5OH). Niestety, nie udało się tego zdecydowanie potwierdzić na miejscu, gdyż kierowca odmówił dmuchnięcia w alkomat. Został skierowany na badania krwi.

Kilka godzin później w Woli Chynowskiej stróże porządku zatrzymali Daihatsu Charade, którego kierowca miał we krwi 2,31 promila wzmiankowanej wyżej substancji chemicznej, sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych oraz był poszukiwany listem gończym.

Tego samego dnia, na terenie gminy Belsk Duży, 41-letni kierowca Citroena Berlingo tak nieszczęśliwie prowadził swój samochód, ze zderzył się z vw golfem. Szybko wyszło na jaw, że w żyłach szofera berlingo, oprócz krwi krążyło również 2,81 promila alkoholu.

9 lutego, tuż po północy w Hucie Błędowskiej w ręce policjantów wpadł 28-letni kierowca Opla Vectry. Szofer charakteryzował się ponad 1 promilem alkoholu we krwi.

Postulujemy, aby naukowcy, niezależnie od swoich specjalności, wykonali kompleksowe badania regionu grójeckiego. Przypuszczamy, że współpraca geologów, socjologów, psychologów, a nawet radiestetów może przynieść interesujące wyniki w postaci rozlicznych prac naukowych.

Kargul w trójkącie zła

Wszyscy doskonale pamiętają, że Kargule i Pawlaki mieli nie tylko krowy w swoich gospodarstwach. Na wszelki wypadek w zakamarkach swojego obejscia trzymali również broń - tak na wszelki wypadek - a niektóre towary, takie jak młynarza, kupowali za bańkę okowity.

Wierny tym tradycjom pozostał mieszkaniec okolic Skarżyska-Kamiennej, u którego siły policyjne znalazły w stodole ćwierćprzemysłową linię do odkażania spirytusu. Żeby sprawiedliwosć była na pewno po jego stronie, miał dwa karabiny i rewolwer.

Sprawy ostateczne

Jeśli chodzi o sprawy ostateczne, wiele osób zastanawia się nad tym, czy ich ciało po śmierci należy spalić, czy może pochować. Czasami odpowiedź na to pytanie próbuje udzielić los (bo nawet nie śmiemy podejrzewać, że może to być głupota).

Jedna z prób odpowiedzi na to poważne pytanie nastąpiła 9 lutego w Jakimowicach (powiat Końskie). W jednym z tamtejszych domów odbywało się czuwanie przy trumnie ze zwłokami zmarłego 86-latka. Rodzina po zakończeniu ceremonii, zamknęła i opuściła dom. Najprawdopodobniej zapomnieli zgasić jedną ze świec, która spowodowała pożar budynku. Do gaszenia rzucili się wszyscy mieszkańcy miejscowości, bo straż pożarna nie mogła dojechać na czas z powodu zasp na drogach.

Gaszącym pożar udało się wyciągnąć osmaloną trumnę z nieboszczykiem. Akcję gaśniczą utrudniła specyficzna konstrukcja domu. Drewniany budynek został obmurowany od zewnątrz pustakami. Dzięki temu płomienie harcowały tylko we wnętrzu (ciekawe, czy było pozwolenie na prace budowlane?).

Zaraz po wydobyciu trumny, odbył się pogrzeb. To była odpowiedź na pytanie zadane na początku wpisu.

WF na ulicy

Czasami chodzenie po ulicy może być bardzo trudne. Na przykład w Płocku. 20-latek szedł 10 lutego ze znajomymi ulicą Jachowicza, gdy otrzymał cios pięścią w skroń, a kiedy zaczął się zasłaniać, dostał kopa w klatkę piersiową.

Te ćwiczenia gimnastyczne uskuteczniło dwóch 17-letnich przedstawicieli przyszłej elity intelektualnej kraju, pobierających nauki w miejscowym gimnazjum.

Młodzi, po odfajkowaniu zajęć z ulicznego WF-u, wskoczyli do autobusu i odjechali. Jednak ofiara błyskawicznie zawiadomiła policję, która zatrzymała miłośników walk ulicznych. Zaczęli się tłumaczyć, że 20-latek potrącił jednego z nich. Faktycznie, to świetny powód, żeby komuś spuścić łomot.

Teraz młodziaki będą mogli przemyśleć program kolejnych zajęć z WF-u w miejscu odosobnienia.

środa, 10 lutego 2010

Za wszelką cenę

Ja nie pojadę? - tak mógł zapytać retorycznie 36-letni mieszkaniec Makowa Podhalańskiego, który jechał fordem (na bank przyjmujemy, że był to wóz niemiecki) przez Suchą Beskidzką. Kiedy zatrzymała go do kontroli policja, bez problemu wydmuchnął w alkomat 2,38 promila. Prawem jazdy tego kierowcy zaopiekowali się funkcjonariusze, którzy schowali dokument w policyjnej saszetce. Nie obyło się też beż mandatu.

Kilka godzin później policjanci ujrzeli na ulicy ten sam samochód. Za jego kierownicą siedział ten sam kierowca. Wciąż miał ponad 1 promil alkoholu. Teraz już skończyły się żarty i kierowca wylądował w areszcie.

Promil dla każdego

Takie hasło mogłoby przyświecać parze pracującej w nocy 7 lutego w tartaku w Człuchowie. Trzeba przyznać, że robota szła z gazem. Jedna z pracownic tak profesjonalnie obsługiwała krajzegę, że aż ucięło jej prawą dłoń.

Kiedy na miejsce przyjechały odpowiednie służby, wyszło na jaw, że specjalistka od piły tarczowej i jej współpracownik mieli po 1 promilu alkoholu we krwi.

Proponujemy zorganizowanie w Człuchowie koncertu "Ludziom dobrej roboty". Może tam wystąpić na przykład Sasha Strunin.

Inaczej niż Boruta

Na swojej stronie internetowej Łęczyca głosi z dumą: "Królewskie miasto Łęczyca". Nie śmiemy w to wątpić, bo pobieżne gmeranie w internecie przynosi wiele informacji na temat solidnego umocowania tego grodu w meandrach historii.

O znakomitej historii Łęczycy zapomnieli najwyraźniej czterej jego 18-letni mieszkańcy. 5 lutego wieczorem przemierzali pełne historii ulice. Tu urwali lusterko, tam zarysowali lakier na samochodzie. Wgniatali też drzwi i maski. Spowodowali również, że szyba w klatce schodowej w bloku przestała istnieć.

Ich spontaniczną działalność ukrócił patrol prewencyjny policji, wezwany przez anonimowego obywatela. Natychmiast w ruch poszedł alkomat, który wykazał we krwi czterech młodych ludzi od 0,6 do 1,28 promila alkoholu. Właściciele pojazdów natomiast wykazali łączne straty na 6 tysięcy złotych.

Dopiero teraz przypomnieliśmy sobie, że z Łęczycą wiąże się postać diabła Boruty. Zgodnie z klechdami i podaniami, był on jednak postrzegany jako dobroczyńca, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o czwórce małolatów.

Włatcy móch

Jest takie powiedzenie o Podlasiu: piaski, laski i karaski. Tym, którzy go nie znają, warto wyjaśnić, że chodzi o to, iż gleba tam uboga, bo piaszczysta i mało urodzi, laski - nie chodzi o dziewczyny - lecz o takie niemrawe zagajniki z drzewami, co to nawet na opał za bardzo się nie nadają, a karaski to takie małe rybki, którymi nawet bocian się nie nasyci.

To dziwne, bo przecież w tym regionie występuje dumna Puszcza Białowieska, pełna brodatych żubrów, najgłębsze polskie jezioro - Hańcza oraz ludność wyznania prawosławnego ze swoimi pełnymi kolorytu zwyczajami religijnymi i śpiewną mową. Jednak na powyższe tematy nie ukuto żadnego powiedzenia.

Do kolekcji podlaskich miejsc, zdarzeń i osób dołączamy również domorosłych włatców móch. Dali o sobie znać 9 lutego, w godzinach wczesnopopołudniowych. Dwóch 16-latków z Białegostoku grało w emocjonującą grę komputerową, zapewne typu "Strzelanie po ścianie", "Zabij wszystkich" albo oglądali w necie, panie dziejku, gołe kobity. Niewykluczone, że jeden drugiemu nie chciał podbić ceny na aukcji internetowej, na której sprzedawał "niewiem coto niewiem czydziała". W pewnym momencie doszło między nimi do kłótni. Raczej nie wydaje nam się, że wynikła ona podczas przeglądania portalu historycznego, na tle decyzji podjętych przez Aleksandra Wielkiego podczas bitwy pod Gaugamelą albo interesującej strony zawierającej informacje o cyklu życiowym eugleny zielonej, ewentualnie pantofelka.

Ciekawy jest przebieg kłótni i jej efekty. Kiedy jednemu z małolatów, który był gościem, skończyły się argumenty słowne, sięgnął po popularny mebel, spotykany nagminnie w każdym mieszkaniu, jakim jest pręt metalowy i zaczął nim okładać kolegę. Okazał się jednak niedostatecznym argumentem. Zacietrzewiony młody człowiek sięgnął więc po nóż, którym kilka razy ugodził kompana od komputera.

Gdy już wyczerpał swoją znajomość zasad savoir vivre'u, postanowił opuścić niegościnnego gospodarza. W drodze do drzwi, zdążył jeszcze chwycić 50 złotych. Jednak po kilku godzinach sam przyszedł na komendę. Chyba ruszyło go sumienie. Gospodarz trafił do szpitala.

W ten sposób młodzieniec dostarczył wiele ciekawej pracy służbie zdrowia i organom ścigania, bo te, jak wiadomo, nie mają nic innego do roboty.

Podajemy za www.podlaska.policja.gov.pl

Krewki starzec

Wydawać by się mogło, że nadmorskie miejscowości zimą przeżywają regres, apatię i ogólny zastój. Zamilkło klapanie klapek, ucichły awantury pomiędzy plażowiczami, wszczynane o grajdół znajdujący się blisko kebaba i straganu z bursztynem. Rozwiał się zapach olejków do opalania i przypalanej kiełbasy z grilla.

Na szczęście tubylcy sami dbają o to, żeby zimą w kurortach nieustająco tętniło życie. O ruch w interesie zadbał 62-letni mieszkaniec Świnoujścia. 9 lutego wkroczył chwiejnym krokiem do tamtejszego szpitala miejskiego. Skierował się do izby przyjęć. Tam zaczął energicznie się awanturować, używając słów powszechnie uważanych za obelżywe i zrzucił z biurka fax, który uderzył ze złowrogim hukiem o ziemię. A potem nastąpił gwóźdź programu: starzec wyciągnął z kapoty butelkę wódki i stłukł nią szybę w okienku izby przyjęć.

Pracownicy służby zdrowia zareagowali natychmiast. Zamiast jednak wykonać tracheotomię długopisem, defibrylację z pomocą akumulatora od golfa albo przynajmniej lobotomię, wezwali policję. Na miejsce przyjechał patrol o kryptonimie "07", który na stanie miał alkomat. Po obezwładnieniu krewkiego starca, badanie wykazało u niego ponad 2 promile alkoholu we krwi.

Zobaczcie zdjęcia

Kto zamiawiał pizzę?

Wydawać by się mogło, że robota w charakterze rozwoziciela pizzy to niezły pomysł dla młodego człowieka. Nauczy się terminowości, pozna topografię miasta no i trochę zarobi. Do tego mogą też dojść inne doświadczenia życiowe.

Tak jak w Lęborku. 6 lutego był pierwszym dniem pracy 23-letniego Tomasza. Miał zawieźć spore zamówienie (trzy duże pizze i napoje chłodzące - razem 119 złotych) do jednego z lęborskich mieszkań. Ze swojego obowiązku wywiązał się bez zarzutu.

Gorzej było z trzema młodymi ludźmi, którzy zamówili włoskie specjały. Zamiast wymaganej sumy, rozwoziciel pizzy otrzymał cios łokciem w kark, w wyniku czego stracił przytomność. Ponieważ nie był już potrzebny, został wystawiony za drzwi, a pizza zjedzona.

Kiedy 23-latek oprzytomniał, niezwłocznie zawiadomił stróżów prawa. Zatrzymanie głodomorów było kwestią minut. W zasadzie nie trzeba dodawać, że trzej amatorzy włoskich placków byli pod wpływem znanej i popularnej w całym kraju substancji chemicznej o wzorze C2H5OH.

Pierwszy dzień pracy zakończył się dla rozwoziciela pizzy uszkodzonymi kręgami szyjnymi i rezygnacją ze stresującej pracy. Trzem zamawiającym grożą nawet 12-letnie wakacje na koszt państwa w jednym ze specjalistycznych zakładów. Będą mogli w spokoju rozmyślać o urokach Italii i jej wybitnej kuchni, gryząc przy tym zakładowe mielone i risotto.

Dobry woltaż!

Zelektryzowała nas wiadomość o wydarzeniach w Lublinie. Otóż jednej z tamtejszych ulic, o romantycznej nazwie Zorza, doszło do włamania do stacji transformatorowej. Dokonało tego pięciu obywateli w wieku od 28 do 57 lat. Sądząc po finale sprawy, nie mieli ukończonej nawet zawodówki w branży elektrycznej.

Policjantom udało się złapać czterech amatorów transformatora prawie na gorącym uczynku. Jak się jednak okazało w wyniku rutynowych czynności, w zdarzeniu wziął udział jeszcze piąty fan elektryczności.

Jednak opuścił on stację transformatorową nieco wcześniej, zadając kłam popularnemu określeniu "elektryka prąd nie tyka". Transformator nie poddał się bez walki, skutecznie rażąc go prądem. Ten powrócił do domu, ale niezbędne było wezwanie pogotowia, ponieważ miał poparzone kończyny. Jak możemy przypuszczać, porażenia mózgu - i to niekoniecznie prądem - doznał już wcześniej, prawdopodobnie w młodości. Według szacunków energetyków, budżet imprezy wyniósł około 20 tysięcy złotych.

Tradycyjnie pozostajemy wierni naszej kronikarskiej skrupulatności i dodajemy, że wszyscy uczestnicy walki z transformatorem mieli od 0,8 do 3,4 promila alkoholu we krwi. Dziękujemy im za niebywałe poświęcenie, bez którego nasz blog nie istniałby.

piątek, 5 lutego 2010

Dzwonią dzwonki sań

Śniegowa pierzyna białym puchem pokryła zdecydowaną wiekszość Polski. Dlatego też mieszkańcy niektórych regionów kraju wyciągnęli z lamusów sanie, zaprzęgli do nich konie i ruszyli chwytać sannę.

A jeśli jest zima, to musi być zimno. Dlatego też niektórzy kierujący zaprzęgami konnymi postanowili się rozgrzać, tak jak na Lubelszczyźnie. 4 lutego w Woli Gałęzowskiej (35 kilometrów na zachód od Majdanu Krzywskiego) 42-letni rolnik był tak rozgrzany na koźle swoich sań, że aż zderzył się z volkswagenem passatem (nie pogrubiamy tej nazwy, bo kierowca wozu chyba był trzeźwy). Kierujący saniami miał tyle promili, że nie dało rady przebadać go alkomatem.

W Radzicu Starym 35-letni kierujący zaprzęgiem konnym tak się rozgrzał, zanim chwycił lejce, że udało mu się zderzyć z daewoo. A to wszystko dzięki 1,5 promila alkoholu.

Również wysoko uplasował się rolnik, który zimą postawił na nowoczesność, czyli na traktor. 47-latek z Opola Lubelskiego, zatrzymany w Niezdowie wykazał się zaszczytnym promilażem, wynoszącym 2,8 promila alkoholu.

Wszystkim panom serdecznie gratulujemy pomysłowości! Mamy przy tym wrażenie, że gdyby nie ich wyczyny, nigdy nie zagościliby na łamach tak poczytnych periodyków, jak na przykład nasz blog.

Tu można zweryfikować podane informacje

Królestwo za kawę

Niektórzy obywatele Łomży mają obszerne kurtki. Tak było w przypadku w przypadku 37-letniego obywatela tego miasta. 2 lutego udał się do lokalnego marketu i za pazuchę upchnął dziesięć opakowań kawy rozpuszczalnej, za które przy kasie musiałby zapłacić 270 złotych.

Uznał jednak, ze nie ma takiego obowiązku. Inaczej uznała obsługa sklepu, która wezwała policję. Kiedy przebadano go alkomatem, okazało się, że najprawdopodobniej chciał pokrzepić się kilkoma filiżankami aromatycznego napoju, bo jak wiadomo kawa dobrze robi na kaca. Złodziej miał bowiem we krwi 2,5 promila alkoholu.

Tak napisano

czwartek, 4 lutego 2010

Nieco inaczej

Żeby nie było, że jesteśmy stronniczy i czepiamy się tylko niemieckich samochodów, pragniemy zasygnalizować, że 2 lutego patrol z Tychów przeprowadził pościg za 31-letnim mieszkańcem tego miasta. Kierowca peugeota nie zatrzymał się do kontroli, ale w zamian za to uderzył w latarnię na ulicy Konecznego, po czym rozpoczął ucieczkę pieszo.

Wyniki zatrzymania były takie same jak w przypadku kierowcy przeciętnego niemieckiego samochodu: brak jakichkolwiek dokumentów, 2 promile alkoholu, a dodatkowo - był poszukiwany przez policję, bo uciekł z przepustki z państwowego zakładu wypoczynkowego.

Nihil novi


Nawiązując do początku poprzedniego posta, mozna równiez napidać: a w Bytomiu stara bida.

3 lutego około 21:00 23-letni kierowca opla vectry uderzył w zaparkowanego matiza, po czym odjechał po angielsku. Niesety, całe zdarzenie zauważył przypadkowy przechodzień, który zawiadomił policję. Vectra została zatrzymana, a u kierowcy stwierdzono ponad 1 promil alkoholu.

A w Łasku...


W Łasku stara bida, dzień jak codzień. 25-letni mieszkaniec Łasku kupił sobie 2 lutego opla omegę. Tak się cieszył z nowego nabytku, że natychmiast udał się na jazdę próbną. Radosć skończyła się w momencie, kiedy wpadł w poslizg i zderzył się ze skoda fabią.

Wtedy chyba przypomniał sobie, że wczesniej opijał nowy wóz. Postanowił więc oddalić się dyskretnie z miejsca wypadku, pozostawiając samochód. Nie udało mu się. Policja dokonała badania alkomatem, który niezbicie pokazał 1,8 promila alkoholu.

Ale kaszana!

Czyżby nowy zwyczaj zagoscił na naszej polskiej ziemi? Zamiast żartów na 1 kwietnia, można robić kawały na 1 lutego. Każdy może się posmiać - czytelnicy naszego bloga, policja, a nawet poszkodowana.

Żart polegał na tym, że w wielkopolskim Lesznie, słynącym dotąd raczej ze sportu żużlowego, 33-letnia kobieta włamała się do mieszkania. To jest mało zabawne, bo przeciez nikt nie lubi, kiedy ktos mu włazi z buciorami na kwadrat.

Tym bardziej, kiedy okazuje się, że w mieszkaniu są slady poszukiwania gotówki, a może i precjozów różnych. Niestety, włamywaczka nic takiego nie znalazła. Aby nie wyjsć z pustymi rękami, sięgnęła do lodówki, skąd zabrała dwa pęta kaszanki o oszałamiającej wartosci 4 złotych.

Pomimo tego żartu, policja zabrała się do pracy i juz po trzech godzinach kaszanka wraz ze złodziejką została odnaleziona. Za włamanie po kaszankę można spędzić nawet do 10 lat w miejscu, gdzie najprawdopodobniej nie serwują takich frykasów.

środa, 3 lutego 2010

Cztery kółka, ale trzy promile


Powracamy do naszego ulubionego tematu niemieckich samochodów poruszających się po polskich drogach. Jak wiesz, Drogi Czytelniku, specyfiką tych pojazdów jest to, że kierowca nigdy nie wsiądzie do takiego samochodu na trzeźwo.

Zgodnie z tradycją, tak własnie 3 lutego, tuż po północy, zachował się 25-letni kierowca, mieszkaniec powiatu tarnobrzeskiego. Przed przystąpieniem do jazdą audi musiał najwidoczniej uspokoić skołatane czyms nerwy. Kiedy wyruszył na ulice Stalowej Woli, miał problem z jazdą na wprost. Malowniczy sposób jazdy od krawężnika do krawężnika wzbudził zainteresowanie patrolu policyjnego, który niezwłocznie zatrzymał niemiecki samochód.

Stróże prawa mieli nosa. Nie wiemy dokładnie czy wyczuli zapach substancji chemicznej o wzorze C2H5OH, ale na pewno jej obecnosć we krwi kierowcy audi wskazał alkomat. Na wyswietlaczu pojawiła sie liczba 3,15. I tyle własnie promili miał we krwi tarnobrzeżanin. Chyba przewidział takie, a nie inne zakończenie wieczoru, bo na wszelki wypadek nie wziął ze sobą żadnych dokumentów.

Tak było

Pieniądze z majtek


W Kozienicach, 2 lutego, starsza pani wybrała się na cmentarz, aby w skupieniu zadumie wspomnieć bliskich, którzy odeszli. Kiedy pochyliła się nad grobem, aby zapalić znicz, podbiegł do niej 12-letni chłopiec i wprawnym ruchem pozbawił ją torebki.

Zawiadomiona błyskawicznie policja, niebawem zatrzymała dzieciaka. Ten wykręcał się jak śruba, gadał głupoty, ale w końcu przyznał się. Z gaci wyciągnął pieniądze, znalezione w torebce.

Energiczny młody człowiek był już znany kozienickim policjantom.

Rozkosze zimowej jazdy


Jak zapewne zauważyliscie, pewne miejsca, przedmioty i zachowania wracają na tym blogu jak bumerang. Nie, nie czepiamy się niemieckich samochodów, pijanych obywateli albo pewnych miejscowosci. Po prostu odnotowujemy najciekawsze wydarzenia. A to że występują przy tym pewne prawidłowosci... Coż, niech zajmą się tym specjalisci od probabilistyki.

Kiedys pisalismy o Gorzycach. Miejscowosć ta znowu pojawia się na naszym blogu. Jak widać, ma ona bogate tradycje, związane z kontaktami międzyludzkimi.

Patrol z Nowego Żmigrodu wykonywał swoje rutynowe obowiązki, kiedy zauważył interesującą scenkę rodzajową: traktor wyciagał z zaspy opla kadeta. Policjanci postanowili pomóc kierowcom. Kiedy podeszli bliżej, funkcjonariuszy owionęła znajoma woń, przy czym zanaczamy, że nie był to aromat fiołków.

Panowie władza postanowili upewnić się, czy się nie mylą. W ruch poszedł alkomat, który wykazał kolejno:
a) u 47-letniego kierowcy ciągnika rolniczego - 3,7 promila,
b) u 42-letniego kierowcy opla kadeta - 2,8 promila.
Rzecz jasna chodzi o alkohol.

Z kronikarskiego obowiązku nalezy przy tym zaznaczyć, że kierowca kadeta absolutnie nie zgodził się ze wskazaniami alkomatu i zażądał bardziej drobiazgowej kontroli, czyli badania krwi.

Aby pozostać w zgodzie z prawdą, należy jeszcze kilka zdań poswięcić ciągnikowi. Uwagę policjantów przykuł brak tablic rejestracyjnych pojazdu. Okazało się, że kierowca ciągnika nie miał na niego żadnych dokumentów.

Siekiera jedzie z nami

Są jeszcze ludzie, którzy podtrzymują tradycję w tym kraju. Objawia się to poprzez zastosowanie znanego, prostego narzędzia, jakim jest siekiera. Pisalismy o tym nie tak dawno tutaj i tutaj.

Tym razem podajemy kolejny przykład zastosowania siekiery. 2 lutego w Gdyni do taksówki wsiadł 28-letni obywatel i zamówił kurs. Kiedy taryfa zatrzymała się na stacji benzynowej, pasażer zaatakował kierowcę siekierą. Taksówkarzowi udało się uciec i znaleźć pomoc u pracowników stacji, którzy wezwali policję.

Własciciel siekiery jest dobrze znanym trójmiejskim policjantom. W tamtejszej komendzie mają na półce gruba teczkę, opatrzoną jego nazwiskiem. Za niecny wybryk, którego się dopuscił, ma szansę nawet na 25 lat spokoju od taksówkarzy.

Polonez niesie śmierć

Nie tak dawno pisalismy o polonezie, a tu znowu ten wóz pojawia się na naszych łamach. Tym razem w formie przypominającej horrory klasy C z lat 70.

28 stycznia był ostatnim dniem życia 73-letniej mieszkanki miejscowosci leżącej w gminie Kadzidło (20 kilometrów na północ od Ostrołęki). Kiedy przechodziła przez własne podwórko, najechał na nią polonez. Kobieta, mimo odwiezienia do szpitala i natychmiastowej pomocy zmarła.

Sprawcą smierci kobiety stał się jej własny syn, który cofając samochodem, nie zauważył matki, znajdującej się na podwórku.

Korzystamy z wiarygodnych źródeł

wtorek, 2 lutego 2010

Koneser z siekierą

Starachowice znane niegdys były z produkcji znakomitych samochodów ciężarowych marki Star. Jednak 30 stycznia pewien 45-letni mężczyzna rozsławił miasto w inny sposób. Wątpimy, czy będą o tym pisać przewodniki turystyczne, dlatego też postanowilismy uwiecznić to wydarzenie dla potomnosci.

Do jednego ze starachowickich sklepów wszedł wspomniany wyżej mężczyzna, wyciągnął siekierę i zdecydowanym głosem powiedział cos w stylu: "Piwa, idiotko, piwa!" Konkretnie chodziło o cztery sztuki. Wystraszona nie na żarty sprzedawczyni wydała amatorowi chmielowego trunku cztery puszkowe.

Nie wiedziała, ze ma do czynienia z koneserem, który ceni tylko i wyłącznie piwo butelkowe. Zażądał bowiem wymiany puszkowego na butelkowe. Kiedy otrzymał upragniony napój, wspaniałomyslnie rzucił na ladę drobne w kwocie 7 złotych i nie domagając się reszty, opuscił sklepik wraz z piwem i siekierą.

Nie zdążył jednak dokonac konsumpcji. Kilka ulic od sklepu zatrzymał go patrol policji, wezwany przez sprzedawczynię. Nikogo nie powinien zdziwić fakt, że miłosnik piwa miał we krwi ponad 3 promile alkoholu.

W nagrodę za tę przygodę może spędzić nawet 12 lat, zażywając aktywnego wypoczynku na koszt państwa.

Tu napisali

Lekcja WF-u na przystanku

Dzień 31 stycznia można uczcić podobnie jak sylwestra. Cos się kończy, cos zaczyna. Dwaj 16-latkowie ze Stagrdu Szczecińskiego postanowili wypić wspólnie pół litra. Jak powszechnie wiadomo, wódka zawiera dużo kalorii, powoduje więc oprócz stanu upojenia, przypływ energii.

Rozpierani przez nadludzką wręcz siłę, postanowili dać upust tłamszonej dotąd energii. Akurat napatoczył się przystanek autobusowy, który można zdemolować. Tak też uczynili. Niestety, ćwiczenia gimnastyczne zauważył przypadkowy przechodzień, który powiadomił policję.

No i zabawę trafił szlag. Na dodatek młodzi ludzie będą musieli się wytłumaczyć przed sądem, dlaczego tak energicznie nie brali udziału w lekcjach WF-u.

Śnieżką go, snieżką!


W czasie ferii, podobnie jak w czasie dzeszczu - dzieci się nudzą. Nuda doskwierała również trójce małolatów z Kątów Wrocławskich. Postanowili się nieco rozerwać za pomocą wszechobecnego sniegu. W tym celu wybrali się nad wiadukt nad autostradą A4 i zaczęli rzucać lodem w przejeżdżające poniżej samochody. Udało im się rozbić przednią szybę jednego wozu, co zaowocowało stratami w wysokosci 3 tysięcy złotych.

Odśnieżanie kuleje

Nastał nowy miesiąc, a wraz z nim nowe porządki. No, może nie wszędzie, ale na pewno w Bobrowie. Otóż 1 lutego, w miejscowym Urzędzie Gminy pojawił się interesant, który miał do lokalnych władz sprawę nie cierpiącą zwłoki. Mało brakowało, a zwłoki pojawiłyby w tym urzędzie. Poszło o tak poważną tej zimy sprawę, jak odnieżenie drogi prowadzącej do domu 59-letniego interesanta. Na potwierdzenie wagi swoich słów, wyciągnął zza pazuchy siekierę i zaczął żwawo nią wywijać.

Na miejsce udali się policjanci z Jabłonowa Pomorskiego. Niestety, nie zastali na miejscu krewkiego interesanta. Udali się do jego domu, był bowiem powszechnie znaną lokalną osobistoscią.

Po krótkiej rozmowie stróże prawa zaprosili 59-latka do komendy. Nie będzie zaskoczeniem dla P.T. Czytelników, że po badaniu okazało się, iż interesant miał we krwi ponad 3 promile alkoholu. Przynajmniej wiedział, jak się rozgrzać.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Lekrama dźwigniom chandlu



(Informacja własna)
Nie inaczej! Setki kilogramów różnorakiej makulatury zapychają nasze skrzynki pocztowe. I nie chodzi o rachunki za prąd, wodę, kablówkę i komórkę. Liczne przedsiębiorstwa, zatrówno państwowe jak i prywatne, wychodzą z założenia, że lud w naszym kraju jest prosty i ciemny (nie podejmujemy się tego komentować w jakikolwiek sposób). Nie wie ten lud, co jest mu niezbędne do szczęscia, dlatego wiele firm z całych sił stara się jak może powiedzieć, co jest najpotrzebniejsze.

W ten sposób w naszych skrzynkach zalegają ulotki reklamujące wymianę okien, pizzerie, pierogerie, salony masażu dla psów, darmowe gazetki z mydłem i powidłem oraz foldery zawierające najtańsze na rynku szmaty, graty, aparaty.

Dziękujemy tym wszystkim, którzy przyczyniają się do poszerzenia wiadomosci społecznej i w ten wspaniały sposób podtrzymują poważnie podupadłe w naszym kraju tradycje czytelnictwa!