Wśród krajowych specjalistów od motoryzacji krąży takie rewelacyjne w swojej prostocie i mądrości powiedzenie, że samochody na "F" nie nadają się do niczego. Chodzi zapewne o Fiata Forda i chyba Framo, bo więcej popularnych, ale kiepskich marek na tę literę nie znamy. No, chyba że chodzi o Ferrari i Fuldamobila.
Nie należy przy tym zapominać, że diagnozy motoryzacyjne potrafi w tym kraju stawiać każdy. Mamy przecież najlepszych kierowców na świecie: trzeźwych, zdyscyplinowanych, a ich samochody są zawsze sprawne i nigdy nie zatrzymują się bez sensu na przejazdach kolejowych.
Powróćmy jednak do naszych wybitnych domorosłych mistrzów kierownicy. Koncepcję o kiepskich własnościach trakcyjnych samochodu na "F" podzielał również 38-letni Choczanin. Pleszewska policja otrzymała wieczorem 10 lutego zgłoszenie o samochodzie, który utknął w zaspie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że fiat płonął.
Błyskawiczne dochodzenie pozwoliło poznać szczegóły tej tajemniczej sprawy. Szofer tak intensywnie starał się wyjechać z zaspy, że pojazd stanął w ogniu. Kierowca próbował ugasić go samochodową gaśnicą, jednak bez rezultatu. Kiedy w gaśnicy skończyło się gasiwo, Choczanin porzucił ją i pojazd, znikając pomiędzy zaspami.
Policjanci jednak szybko zatrzymali niefrasobliwego kierowcę, który nie miał strażackiego zacięcia ani sprawnego samochodu, ale w zamian za to miał 2,69 promila alkoholu we krwi.
I w ten sposób wiemy, że fiaty są do niczego. Nawet ugasić ich nie można.