poniedziałek, 4 stycznia 2010

Ptak - smak, już - stróż, a-a-a-a

I jeszcze jedno, żebym nie zapomniał. Po tzw. telewizjach muzycznych plącze się taki teledysk do piosenki Sashy Strunin (mam przynajmniej nadzieję, że to kobieta, bo imię jest męskie - a dziś wszystko jest możliwe), zatytułowany "To nic, kiedy płyną łzy".

Za każdym razem, zamiast energicznie nacisnąć guzik w pilocie albo przynajmniej zemdleć zażenowany nikłym poziomem tego utworu, gapię się w ekran z rozdziawioną gębą.

Chciałbym uścisnąć prawicę, a nawet lewicę twórcy tekstu tego wiekopomnego utworu. Rzecz jasna, najlepiej za pomocą kombinerek. Już pobieżna analiza kolejnych strof przynosi zaskoczenie i zachwyt nad bogactwem słownictwa polskiego zawartego w utworze. Jak wiadomo, Sasza (tak powinno się pisać po polsku to imię) urodziła się w Sankt Petersburgu z rodziców Ukraińców. Pewno na półce meblościanki nie mieli dzieł Mickiewicza, Słowackiego ani nawet Sienkiewicza.

Sam początek utworu zwiastuje wzruszenie, ale i optymizm: "Na-na-na-na". Przyznam się z pewną nieśmiałością, że i mnie zdarza się zaśpiewać coś takiego przy goleniu. Kolejne sekundy piosenki okazują się coraz gorsze. Pozwólcie, że zacytuję kilka tylko strof, bo szkoda czasu Waszego i mojego:
Kiedy w oczy tylko wiatr,
myślisz sobie - jestem sam


Moja złośliwa natura nie może się pohamować, aby odpowiedzieć strofami, które odznaczają się takim samym polotem:
Kiedy w oczy już nie,
myślę sobie - nic nie dmie.

Równie porywające są kolejne wersy tego udanego hitu dla służących i pensjonarek:
Warto mieć marzenia
(...)
Szybować nad chmury tak jak ptak
Zwyczajnie wolności poczuć smak


W tym przypadku ja również mam marzenie, a nawet propozycję dla Sashy Strunin: wspólny występ z Ronem Jeremim. Ten teledysk obejrzałbym z przyjemnością. A wtedy popłynęłyby mi łzy, ale to nic, kiedy płyną. One, te łzy.